Co mnie wkurza w jeździectwie?

Wydaje mi się, że się nie zrozumieliśmy 😉 Byłam typem nastolatki, która pierwsza rwała do pomocy. Każdej. Żyłam stajnią i robiłam to chętnie. Priorytetem nie była jazda a obcowanie z końmi. Z perspektywy czasu i doświadczeń jedyne co z tego wyniosłam na przyszłość to zniszczone dłonie, których się wstydzę do dziś. Kwestia miejsca w moim przypadku odgrywa dużą rolę, niestety nie miałam szczęścia nabyć tajników wiedzy w przyzwoitym ośrodku. Patologia w czystej postaci. Wszystkiego co wartościowe nauczyłam się później w innych miejscach - poza widłami. Jasne, to też przydatna umiejętność, wpisze sobie w CV  🙂 ale! wg. mnie w rekreacji, dla osób, które przychodzą się po prostu nauczyć jeździć konno a nie robić kurs na przyszłego właściciela konia to bardziej przydatną umiejętnością jest właściwe użycie zgrzebła i siodłanie. Uczenie szacunku do konia w siodle. Same podstawy. Wymaganie machania miotłą nic takiej osobie nie da. Nie każdy chcący nauczyć się jeździć chce żyć stajnią, co w tym trudnego do zrozumienia? Skoro taniec nie pasuje to podam inny przykład. Mam swojego konia, robię sobie przy nim z przyjemnością, traktuje to jako relax ale jak chodzę rekreacyjnie na woltyzerke to nie żyje tamtą stajnią i po zajęciach zwijam mandżur i wracam do swojego życia. W grupie są dzieci, które jak mogą to chętnie zostają dłużej i pielęgnują extra  konia przed i po zajęciach. Bo chcą. Nikt poza sumiennym przygotowaniem wierzchowca do zajęć i rozsiodłaniem po, nic nie wymaga. Fajnie, jak ktoś się rwie do pomocy okołostajennej, jak go to kręci i fascynuje. Jednak nie powinno być to, moim zdaniem traktowane jako must have absolutnie każdego rekreanta, który przychodzi na zajęcia za, które płaci. Stricte "nauka jazdy konnej".

Matrix69 jeżeli pijesz do mnie, to wiedz, że ja pozwolę swojemu dziecku obsługiwać taczkę 🤣 Proszę bardzo. Ale nie będę tego oczekiwać i snuć marzeń o dziecku, które pójdzie śladem mojego hobby i będzie interesowało się obszarem, który będzie poza jego chęcią poznania. Jak zamarzy sobie psa to będzie musiała się nauczyć nim zajmować, teraz poza podstawowym bhp nie musi. Choć wychodzi na to, że powinna wiedzieć, jak wyciska się gruczoły, obcina pazury i jakie woreczki do odchodów są teraz na topie skoro sporadycznie bawi się z psem mojej siostry. Widać jestem kosmitką.
....,, Wymaganie machania miotłą nic takiej osobie nie da,,... no oprócz tego ze nie zawsze służba po tobie posprząta  😀
faletta masz rację. Wiele lat jeździłam w szkółce gdzie dostawałam gotowego konia, zero pracy, nawet jak chciałam. Pewnych rzeczy nie umiałam, że aż wstyd (np. dobre umycie wędzidła, siodłanie, czy... czyszczenie kopyt), ale też bez przesady - szybko ogarnęłam. To nie jest aż tak skomplikowane, żeby latami trzeba było praktykować 😉. Nawet swoją stajnię zdecydowałam się mieć, pomimo braków na starcie z końmi 🙂.
A z innej beczki, to jak trzeba to i ogrodzenie sami z mężem stawialiśmy (deficyt porządnych robotników) i stajnie dla koni - a to o trochę bardziej skomplikowane niż ogarnięcie stajni 😉.
>Matrix69 jeżeli pijesz do mnie, to wiedz, że ja pozwolę swojemu dziecku obsługiwać taczkę 🤣 Proszę bardzo. Ale nie będę tego oczekiwać i snuć marzeń o dziecku, które pójdzie śladem mojego hobby i będzie interesowało się obszarem, który będzie poza jego chęcią poznania. Jak zamarzy sobie psa to będzie musiała się nauczyć nim zajmować, teraz poza podstawowym bhp nie musi. Choć wychodzi na to, że powinna wiedzieć, jak wyciska się gruczoły, obcina pazury i jakie woreczki do odchodów są teraz na topie skoro sporadycznie bawi się z psem mojej siostry. Widać jestem kosmitką.

Nie, ja to napisałam zupełnie ogólnie, że rodzice są różni i na różne rzeczy zwracają uwagę, ważne żeby rodzić był świadomy gdzie posyła swoje dziecko, i co dziecko z tego wyniesie na przyszłość. Jeśli mój syn wkręci się w psy to pozwolę mu pójść do schroniska na wolontariat żeby zobaczył jak to wszystko wygląda i nauczył się wszystkiego co powyżej napisałaś, bo ja się na psach nie znam zupełnie. My niestety w domu zwierząt nie mamy i nie możemy ich mieć, a fajnie było by nauczyć dziecko empatii wobec wszystkich żyjątek. Moje dziecko jeszcze jest małe i na razie lubi robić wszystko to co mama.
Słuchajcie, ale czy wy czasem nie oczekujecie cudów od tych rodziców?
Przecież tego rodzica te konie mogą totalnie nie interesować. I choćby skały srały to on nie ogarnie, czy tak, jak w danej szkółce jest, to jest dobrze, czy źle, bo się na tym nie zna. A jak nie jeździ (i go to nie kręci) to nie ma jak się poznać. I nawet gdyby nagle odkrył istnienie re-volty to od samego czytania też od "zera" się raczej nie dowie.
Do tego dochodzą kwestie dostępności szkółek - odległość od domu- szkoły.

Ja dam prosty przykład- swój.
Mój syn gra w piłkę. Ma zaraz 8 lat. Gra od 3-go roku życia. Ja nadal nie wiem ile chłopa biega w drużynie (serio), za każdym razem muszę zgooglać.
Ogarniam siatkę (tata był zawodnikiem, potem trenerem i sędzią, siostra grała w Chemiku), ogarniam rugby - mieszkałam w RPA, no i imho rugby=przystojni faceci🙂, ale nie ogarniam nożnej. Jest to dla mnie tak bezgranicznie nudny sport, że nie jestem w stanie się zmusić do śledzenia nawet jak "nasi" o coś tam ważnego grają. Kiedyś jeszcze udawałam, bo mi wypadało. Teraz mam bardzo ostentacyjnie wywalone.

Nie umiem ocenić, czy klubowe treningi mojego syna są prowadzone jak trzeba, czy powinnam wybrać inny klub itd. Zmuszam się chociaż do przytakiwania w rozmowach innych rodziców jak wiszą na siatce ogrodzeniowej i przeżywają - ale z ich dyskusji piłkarskich nie umiem wyciągnąć konstruktywnych wniosków, co do przebiegu szkolenia naszych dzieci.
Żeby nie było- jeżdżę na turnieje, klaszczę i kibicuje (ale nie biegam jak mój mąż dookoła boiska za dzieckiem -.... tak, taka nadopiekuńcza patola, ale tam wszyscy tatusiowie tak mają... może to tez wypada - nie umiem ocenić), piorę te syficzne getry z kulkami od boiska ze sztuczną trawą (nienawidzę), pytam jak było, wspieram w opłakiwaniu porażek... ale nadal nie wiem ile chłopa jest w drużynie.

I nie to, że nigdy z tym sportem nie miałam do czynienia. Mąż grał w okręgówce kiedyś (to jakaś dalsza liga chyba), kuzyn w III lidze w Reichu, Paweł Abot to mój kumpel z czasu studiów w UK, Radziu Majdan klepał moje koleżanki po tyłku na dyskach, a potem się mijaliśmy na ulicy (bo mieszkaliśmy na jednej).... ale ja nadal nie jestem w stanie ogarnąć, czy to, co robi mój syn na boisku to dobra piłka czy dupna. Bo żeby coś konstruktywnie ocenić- to trzeba się na tym znać- a żeby się poznać to trzeba choć trochę lubić.

Wydaje mi się, że oczekiwanie, że rodzice dziecka, które zapragnęło jeździć konno będą w stanie w szkółce ocenić poziom, jakość szkolenia, dobrostan koni jest patrzeniem przez pryzmat jedynie swoich doświadczeń- czyli doświadczeń osoby, która jednak lubi jeździectwo.

Ja nie wiem, co by się musiało zdarzyć w moim życiu, żebym polubiła piłkę nożną
dlatego trzeba opisywać, pokazywać, chociaż w ogólnych zarysach jak powinna wyglądać nauka jazdy, jak powinny się zachowywac konie itd.

Jakbyś widziała, że twojemu synowi sie ewidentnie krzywda dzieje na tym boisku to byś zareagowała, prawda?

To samo na koniach, rodzić takiego jeżdżącego dziecka powinien przynajmniej mniej więcej wiedzieć  jak taka szkółka NIE powinna wyglądać
Moim zdaniem to mega trudne. Ja zaczęłam jeździć jako młody, ale jednak - dorosły. Nie miałam porównania jak wyglada jezdziectwo w dobrym wydaniu, bo wcześniej kilka razy w życiu udało mi sie gdzieś tam wsiąść na konia i byłam tym tak podekscytowana, ze nawet jeśli była to głęboka patologia to bym tego nawet nie zauważyła. W szkółce, w której zaczęłam jeździć regularnie było bardzo kiepsko. Z perspektywy czasu wiem, ze cześć z tych koni była zwyczajnie niebezpieczna, zajecia typowe dla takich miejsc - zastęp nie mający końca na ujeżdżalni. Czytałam trochę w internecie bo ta sytuacja zaczęła mnie frustrować, ale cieżko mi było dotrzeć do jakichś konkretnych informacji. Wydawało mi sie, ze to normalne, ze konia przy czyszczeniu trzyma sie za kantar, żeby nie ugryzł. Ze trzeba miec oczy dookoła głowy, bo któryś może sprzedać kopa. Ze przechodząc przy boksach niektórych z nich trzeba zachować wzmożona czujność, bo może chwycić zębami za kurtkę (dobrze, jeśli trafi w kurtkę). Przyjeżdżali tam rodzice z dziećmi. Ja byłam wyjątkiem jeśli idzie o wiek - teraz wiem dlaczego. Większość osób w moim wieku miało juz wcześniej kontakt z jeździectwem i wiedziały, ze to niefajna szkółka. "Nabrać" na to można było dzieci, które nawet jak sie boja, to miłość do koników zwycięży i naiwnych rodziców, którzy cieszyli sie z niskich cen i bliskości stajni. Ja myślałam, ze takie właśnie są konie i tak właśnie wyglada jezdziectwo. Byłam strasznie rozczarowana i sfrustrowana, w pewnym momencie stwierdziłam, ze to nie na moje nerwy. Więcej czasu zaczęłam spędzać na pomocy przy hipoterapii czy ogólnym ogarnianiu koni niż jeździe na nich. Plus tego miejsca był taki, ze to była stara szkoła - do konia trzeba było przyjechać godzinę przed jazda. W tym czasie wyczyścić, osiodłać. W razie porażki poprosić kogoś o pomoc lub samemu komuś pomoc. W ten sposób byliśmy dość zintegrowani i każdy każdego znał, każdy każdemu pomagał. Po jeździe tez obowiązywał ten cały obrządek. Pomagało sie przy karmieniu. Były wachty i tego typu rzeczy. Ba, z czasem nawet zaczęłam sobie radzić z tymi końmi, zwłaszcza w momencie gdy zrezygnowałam z jazd i tylko pomagałam przy hipo etc. Przełomem był trochę przypadkowy wyjazd do innej stajni, koni prywatnych. Szok. Koń może stać przy czyszczeniu. Nie trzeba sie cały czas nerwowo na niego obracać. Koń może być bezpieczny w obejściu. Nie trzeba miec serca w gardle podczas podnoszenia kopyt. Dla mnie to naprawdę był szok. Plus był taki, ze pózniej nie miałam problemu w obsłudze koni, które sie rzekomo szczurzą, próbują kłapać zębami (choć nie gryźć), obracają sie "podejrzanie" podczas czyszczenia z mina szczura. W porównaniu z tym, co znałam, z tego chciało mi sie śmiać. Jedyne co mi pozostało po tej stajni to strach przed czyszczeniem nieznanych koni w boksie. Dużo lepiej sie czuje na zewnątrz, bo nawet jak koń jest problemowy to czuje sie dużo bardziej wyluzowana i bezpieczna.
Informacje, revolta etc pojawiły sie dopiero pózniej. Jak juz wiedziałam, ze ro była trochę patologia a nie norma. Cieżko miec dobre rozeznanie w temacie jeśli nikt cię w ten temat nie wprowadza. Ja byłam z tym zupełnie sama, nie miałam żadnych znajomych, którzy powiedzieliby mi, ze coś nie gra. A biorąc pod uwagę ograniczenia finansowe i czasowe oraz brak mobilności w postaci auta nie bardzo miałam wówczas inny wybór. Dlatego nawet jak ktoś jest zainteresowany tematem, ale dość świeży, to jednak cieżko jest rozpoznać co jest Ok a co juz nie. U mnie trwało to rok.
Nie dziwi mnie wiec fakt, ze niekonscy rodzice pakują dzieci w takie miejsca. Zwłaszcza, jeśli maja blisko, łatwo im zawieźć tam dziecko i je odebrac, dziecko ma tam koleżanki, przyjaciółki, świetnie sie bawi, lubi panie instruktorki, jest zadowolone. Taki rodzic nawet nie widzi potrzeby by coś zmieniać, skoro dziecko szczęśliwe.

Jakbyś widziała, że twojemu synowi sie ewidentnie krzywda dzieje na tym boisku to byś zareagowała, prawda?



Często przychodzi z rozkwaszona papą (krew z nosa i siniaki) bo on che być bramkarzem i zalicza strzały w facjatę, także od starszych kolegów (2l starszych ale w tym wieku to potrafi zrobić różnicę) bo nie ma tyle dzieciorów aby porobić całe zespoły jednowiekowe.
Nie umiem ocenić czy to już krzywda, czy to jest ryzyko sportowe. Serio nie umiem. Dopóki chce chodzić to chodzi.
Anai
Też to dzisiaj widziałam na Instagramie 🙁
A ja uważam że dużo przesady w tym demonizowaniu jazd w zastępie. Jazda indywidualna odbywa się na lonży, a jak jeździec już ogarnia to przeważnie bierze udział w jeździe grupowej. Wiadomo, 10 i więcej koni to przesada, ale trzy, cztery, do max 5 na jeździe to pewien kompromis. Zwłaszcza gdy godzina jazdy rekreacyjnej kosztuje ok 50 zł. Nie wiem ile musiałabym kiblować na tym placu żeby wszystkim robić jazdy indywidualne czy w max dwa konie..  Jak ktoś chce czegoś więcej niż jazda w mniejszej czy większej grupie, (niekoniecznie zastęp na ogonach) gdzie zajęcia obejmują i pracę na drążkach, podstawowe elementy i jakieś niewielkie podskoki no to trzeba nie jeździć w szkółce tylko kupić/wydzierżawić konia i brać lekcje z trenerem, w innej zdecydowane cenie.
Gosic, ja myślę, że jazda w takim zastępie jak piszesz jest jak najbardziej ok. I da się nawet pojeździć drągi czy skoczyć małe przeszkody. Dzieci często nie mają jakiegoś mega ambicjonalnego podejścia (choć to oczywiście zależy od wielu rzeczy). Duża ich część przyjeżdża bo lubi konie i jazdę, ale równie ważnym faktorem jest obecność rówieśników. To możliwość pogadania, wymiany zachwytów, opowiadanie sobie 'a widziałaś jak..?!' i wspólne przeżywanie tego jest jedną z rzeczy, która również ciągnie do stajni. Są może dzieci, które lubią jeździć same z trenerem i ostro pracować, ale myślę, że większość po prostu chce w grupie sobie pojeździć, często po jeździe jeszcze razem posiedzieć w stajni i poczesać koniom grzywki, przechwalając się co im się dzisiaj udało zrobić. Rodzic, który zrobi mega research odkryje, że dziecko największe postępy zrobi jak najlepiej wydzierżawi konia i opłaci jazdy indywidualnie z trenerem. Tylko dzieciom też nie zawsze o to chodzi. Z moich obserwacji (a jeżdżąc w rekreacji jednak moimi kompanami były głownie dzieci) wynika, że to właśnie wspólne przebywanie z końmi jest największą frajdą. Obecność innych dzieci jest równie ważna jak obecność koni. Dlatego ja - gdybym miała dziecko chcące jeździć - nie miałabym parcia by zapisywać je do jakiejś sport-szkółki, na zajęcia indywidualne etc, zwłaszcza, jeśli samo nie wyraziłoby takiej chęci. Chciałabym raczej, żeby mogło miło spędzić czas poza domem, pobyć wśród bezpiecznych koni, robić sobie jakiś progres we własnym tempie, w sprzyjających i miłych okolicznościach, z ogarniętym instruktorem. Jedyne na czym by mi zależało (poza bezpiecznymi, zadbanymi końmi) to dobry instruktor, który poświęca 100% swojej uwagi jeźdźcom, a nie rozmowom przez telefon czy z innymi osobami ze stajni.
Strzyga   Życzliwościowy Przodownik Pracy
23 stycznia 2020 20:45
Gosic, ale można też nie dzierżawić konia, a jeździć tak, żeby instruktor poświęcał 100% uwagi.
Strzyga - można, pod warunkiem że jest się samemu z tym instruktorem. Sama napisałaś że już przy dwóch osobach jest to trudne. Przy jeździe w parę koni na placu nie da się każdemu poświęcić 100%. Ja też jak mam trening czy konsultacje w dwa - trzy konie z jednym trenerem nie oczekuję że przez cały trening poświęci mi 100%, bo ma jeszcze innego jeźdźca.
Strzyga   Życzliwościowy Przodownik Pracy
24 stycznia 2020 08:27
Gosic, jasne, ale nie trzeba do tego dzierżawić/kupić konia. Da się to robić w szkółce 🙂
majek   zwykle sobie żartuję
24 stycznia 2020 08:46
Ale wtedy te jazdy sa odpowiednio drozsze, chyba, ze liczymy na to, ze np. czworka z piatki dzieci umowionych na jazde po prostu nie przyszla...

Ja z moje dzieci zaprowadzam teraz do chyba 3 szkolki z kolei. W poprzednich dwoch nie podobalo mi sie traktowanie koni. A zachwalane w necie - piec gwiazdek.  W kazdej bylo kijowo, tu wygrala hala, cena i blisko do domu. I to, ze koniki wygladaja na najedzone. Licze na to, ze jak dzieciaki naucza sie anglezowac i dawac rade z upartymi poniakami to juz sobie raczej poradza. Na poczatku moja corka zaczela od prywatnych jazd i poki uczyla sie skrecac w stepie to bylo spoko, potem okazalo sie, ze jednak bardzo dobrze ujezdzony kucyk to jednek nie to, co jej potrzeba, bo reagowal na wszystkie jej ruchy tzn zatrzymywal sie, zaklusowywal albo skrecal, kiedy ona gubila rownowage.
Teraz ja na jazde zaprowadzam 4 dzieci (dwojka jest kolezanek) i juz mamy zastep. Ew podzial ujezdzalni, jezeli ktos jeszcze pamieta co to.

A z ta pilka jak kotbury (serio faceci w rugby przystojini?) to ja mam to samo z karate.Zaprowadzam, kibicuje, woze na egzaminy, bede wozic na zawody, ale czy to dobra szkolka - nie wiem.
Moi rodzice mieli absolutnie gdzieś konie i jazdę konną, mama mnie woziła i tyle w temacie  😂  z perspektywy czasu też widzę, że jeździłam na patologicznych koniach gdzie połowa nie powinna chodzić pod dziećmi, w dodatku wsiadałam na wszystko co miało cztery nogi, a z bezpieczeństwem nie miało nic wspólnego 😉 średnio raz na miesiąc spadałam na ziemię albo na bandę hali, mama się martwiła, ale zawsze mówiłam że spoko zdarza się, konie zrzucają.
Ale to chyba większość z nas przeszła taki etap, adrenalina była i było o czym opowiadać. Jedynie czego żałuje, to właśnie tego zapie*dalania z widłami i gnojem, ogromne taczki ważyły tonę ale przecież za 8h pracy była jedna godzina jazdy  🏇  Sorry, ale dzieci nie powinny być od tego, można je zaangażować do zamiatania stajni, karmienia koni itp a nie najgorszej i najcięższej roboty.
majek   zwykle sobie żartuję
24 stycznia 2020 08:51
... a ja bym chciala, zeby dzieci troche powalczyly z widlami i im nie pozwalaja, mowia, ze za male.
Strzyga   Życzliwościowy Przodownik Pracy
24 stycznia 2020 08:56
W Sopotach to jest średnio 20 zł różnicy.
[quote author=Magda Pawlowicz link=topic=885.msg2908165#msg2908165 date=1579795595]

Jakbyś widziała, że twojemu synowi sie ewidentnie krzywda dzieje na tym boisku to byś zareagowała, prawda?



Często przychodzi z rozkwaszona papą (krew z nosa i siniaki) bo on che być bramkarzem i zalicza strzały w facjatę, także od starszych kolegów (2l starszych ale w tym wieku to potrafi zrobić różnicę) bo nie ma tyle dzieciorów aby porobić całe zespoły jednowiekowe.
Nie umiem ocenić czy to już krzywda, czy to jest ryzyko sportowe. Serio nie umiem. Dopóki chce chodzić to chodzi.
[/quote]

hmmmm

sportów drużynowych to ja nie uprawiałam ale mam za sobą dość długą przygodę z lekką. I kilka kontuzji też
Ale nasz trener jest wspaniałym człowiekiem i bardzo dużo z tych treningów wyniosłam. Nie tylko w kwestii podejścia do sportu. Jak odbierasz trenera jako człowieka? Jaki jest jego kontakt z dzieciakami? czy syn go zwyczajnie lubi? czy te kontuzje są "zaopatrzone" na tyle na ile jest to możliwe i realnie potrzebne?

Kontuzje, równiez upadki z konia, są normalną częścią sportu.
Mi też czasem ktoś spada, mimo że uważam, że moje konie sa naprawdę grzeczne i pewne

A co do jazd w grupie powiedzmy 5 osobowej
u mnie tak jest dość często.
Tzn jak ktoś się umówi sam to jeździ sam, jak trafi się więcej osób na jedną godzinę to jeżdżą razem. Tylko onże są zawsze indywidualne ale ja na lonży robię dosiad w 3 chodach i podstawowe pomoce tak że osoba która schodzi z lonży w zasadzie jest w stanie jeździć samodzielnie. Praktycznie nie robię w ogole pracy w zastępie (chyba że jest jedna osoba wyraźnie słabsza to czasem kogoś takiego podpinam komuś na ogon ale to raczej jednorazowo)
Każdy uczeń może u mnie pojeździć kawaletki i poskakac jak chce
co więcej udostępniam konie do startów
i cały czas są u mnie prywatne konie szukające półdzierżawcy
Jest tylko jeden problem: 70 km do Wrocławia
Jak dla mnie to ludzie sa po prostu zbyt leniwi/zajęci żeby przyjechać. Tzn większość ludzi
Dziewczyna która miała konia w pensjonacie dość długo szukała osoby do pełnej dzierżawy, włacznie z możłiwością przeniesienia konia i nie znalazła...
Ja mam wrażenie że często ludzie idą po prostu na łątwiznę.

Ktoś już napisał: ta szkółka będzie dobra, która jest najbliżej bo szkoda czasu na wożenie dziecka gdzieś dalej
Jest tylko jeden problem: 70 km do Wrocławia
Jak dla mnie to ludzie sa po prostu zbyt leniwi/zajęci żeby przyjechać. Tzn większość ludzi

Śledzę tę rozmowę od kilku dni i dopiero teraz mnie coś zadziwiło.
Zbyt leniwi na 70 kilometrów dojazdu do konia? U współdzierżawionego konia bywa się zazwyczaj 2-4 razy w tygodniu, powiedzmy, że średnio 3. Niechęć do wydania 550 złotych miesięcznie na paliwo to jest lenistwo? 😀
Jak się ma stajnię w odległości 70 km od dużego miasta to już mieszkańcy tego miasta nie są targetem. Na pewno w odległości 10-20 km od stajni jest kilka większych miejscowości do kilku-kilkudziesięciu tysięcy mieszkańców, wśród których jest podobne procentowo zainteresowanie jeździectwem. I tam należy szukać klientów.
Moja znajoma prowadzi stajnię pod Legnicą w podobnej odległości od Wrocławia i ma pełne obłożenie. A nie ma klientów z Wrocławia.
Jak się ma stajnię w odległości 70 km od dużego miasta to już mieszkańcy tego miasta nie są targetem. Na pewno w odległości 10-20 km od stajni jest kilka większych miejscowości do kilku-kilkudziesięciu tysięcy mieszkańców, wśród których jest podobne procentowo zainteresowanie jeździectwem. I tam należy szukać klientów.
Moja znajoma prowadzi stajnię pod Legnicą w podobnej odległości od Wrocławia i ma pełne obłożenie. A nie ma klientów z Wrocławia.

No właśnie, pod dużymi miastami jest wiele mniejszych miejscowości, które też mają potrzeby. 70 kilometrów od miasta to jest w cholerę jak na regularne wyjazdy.
Jasne, jak się zarabia odpowiednio, to nawet tyle jest niewielkim wydatkiem, ale ja np. ze względów czysto ideologicznych nie chciałabym tak daleko dojeżdżać, nawet mając tę kasę. Bo można ją wydać lepiej niż zhajcować w baku. Bo zanieczyszczenie, bo amortyzacja samochodu. Bo wolałabym to wydać stricte na tego konia. Dlatego nie rozumiem zarzucania lenistwa ludziom, którzy nie chcą tyle dojeżdżać. "Zbyt zajęci" zostało chyba tez użyte w taki wytykający sposób, że nie chcą poświęcić swojego czasu. A wiele osób po prostu nie może poświęcić 4 godzin na taki trening dla siebie czy dla dziecka, bo fizycznie nie mają tego czasu.
Sivrite, a mnie to nie dziwi, bo najczęściej słyszę "Chce ci się?" od znajomych z pracy/rodziny kiedy gadamy o koniu i dojazdach. Te 70km to jest zawsze komentarz "Mnie by się nie chciało, po 8h pracy to wrócić do domu ew. na siłkę pod domem i tyle" - rozumiem to, bo każdy swój czas rozkłada jak chce, ALE "mnie by się nie chciało" jest bardzo częste. O kosztach tego dojazdu mało kto mówi. Dla mnie np. ten dojazd to jest często odpoczynek - słucham muzyki lub rozmyśla, ew. gadam z kimś kto ze mną jedzie też na trening do stajni - innymi słowy, lubię ten czas i nie mm poczucia "straty" (czasu/kasy). Minus jest taki, że realnie nie jestem w stanie u konia być codziennie, czy nawet co 2 dzień - ale jak miałam ją bliżej, w granicy 15-25km to też bywałam u niej max 3x tygodniu, więc pod tym względem np. dla mnie żadna różnica czy mam ją 15 czy 70km od domu.
Oprócz kosztów dojazdu i eksploatacji auta bardziej blokuje np mnie czas. Dla ludzi, którzy oprócz pracy mają małe dzieci ilość czasu z koniem jest ograniczona. Wolę być dłużej z koniem niż w aucie.
Ja dojeżdżam do pracy prawie 50km, jakbym miała 70 jeszcze do stajni to nigdy w życiu. To nie jest dla mnie kwestia lenistwa, doba ma tylko 24h a rano musze wstać do pracy. Jak mam 2h jechać w jedną stronę do konia i potem godzinę wracać o 21 to... no nie. Abstrakcja
Strzyga   Życzliwościowy Przodownik Pracy
24 stycznia 2020 10:30
Jak ktoś ma 3x w tyg 3 godziny na poświęcenie tylko na dojazd do konia, to zazdroszczę 😀
Ja dojeżdżam do pracy prawie 50km, jakbym miała 70 jeszcze do stajni to nigdy w życiu.

Niestety jeśli mamy do wyboru dojeżdżać tyle do pracy, a do konia, to zawsze będzie to praca. Bo jest po prostu niezbędna. :P Kojarzę osób dojeżdżających do pracy po blisko 100 kilometrów w jedną stronę, ale naprawdę niewielu takich posiadaczy konia. Niestety, coś za coś. Jeśli pensja/miejsce pracy rekompensuje Ci te dojazdy, to w porządku, ale niewiele osób poświęci tyle środków na dojazdy do swojego hobby. Oczywiście wyłączając osoby mające okropne stajnie w swojej okolicy albo w ogóle żadnych. Albo osoby szukające konkretnej stajni.
Dokładnie to się kryje pod "zbyt zajęci" - bez żadnego złośliwego czy negatywnego stwierdzenia. Mnie też nieraz było trudno i nie dawałam rady upchać w 24h jeszcze stajni, ale cóż - koniowi tam dobrze (szukałam konkretnego miejsca i tam mam to czego oczekuję) i mam pełne zaufanie do ludzi tam.
Natomiast jeśli miałabym dziecko, które chce wsiadać 1x tygodniu na konia i sobie z nim pobyć (jednocześnie mieć solidne podstawy) i miałabym do wyboru dojazd do byle szkółki bliżej Wro, a do np. Magdy 70km to wybór jest jasny. Zwłaszcza, że dużo łatwiej obecnie wyjechać z Wrocławia i chwilę jechać Ską do Żmigrodu niż przebijać się np. przez miasto (dojeżdżam do stajni w niecałą 1h, więc liczę 1,5-2h dojazdu w obie strony - zależy od tego co się dzieje na mieście). Dużo zależy od strony po której się mieszka, ale - raz w tygodniu można się zorganizować 🙂 To tak wracając do tematu typowej rekreacji.


A z ta pilka jak kotbury (serio faceci w rugby przystojini?) to ja mam to samo z karate.Zaprowadzam, kibicuje, woze na egzaminy, bede wozic na zawody, ale czy to dobra szkolka - nie wiem.


Nooo byli przystojni ale ja byłam na innym kontynecie, (bo Brytole to są tak przystojni jak Ksiażę Hary i ten już nie ksiażę).  A tam-  sami Afrykanerzy, biali blondyni 2mx2m 🙂. Co to dla takie chłopa podnieść 53 kg laskę🙂.

O widzisz! Karate akurat kojarzę bo byłam w-ce mistrzem Polski juniorów. Jak rezygnowałam z przyczyn różnych (min. oszustwa w sędziowaniu i faworyzowanie zawodników z pewnych klubów) to wprowadzałam koleżankę do drużyny i one pół roku potem zdobyły mistrzostwo Europy w kata. Śmiem twierdzić, że masz trudniej niż z końmi czy piłką, bo to jednak inny sport. Ktoś kto w tym nie siedzi zupełnie nie oceni, chyba, że byłaby już jakaś trenerska na maxa patola.


Magda Pawłowicz - widzisz i tu wracamy do sedna mojej wypowiedzi. Naprawdę jak się nie jest wkręconym w dany sport, nie zaznało się go i potem z perspektywy już dorosłości i innych doświadczeń nie oceniało, co było dobre, a co złe to "rozmowa z trenerem" guzik da.
Dla mnie to facet jak facet. Ot taki wu-efista. Ma grupę gówniarzy pod sobą i musi ich ogarnąć - więc musi być konkretny w przekazie. Oni trenują więc na jakieś peany motywujące nie ma tam czasu- non stop ruch, latające piłki. Na koniec zawsze mają mini gadkę coachingową przed gremialnym przybiciem piątki i drużynowym okrzykiem i tyle.
Ja tam nie zostaję na tych treningach bo bym fikła z nudów, poświęcam się na turnieje. Z synem mam podobny układ. Jedzie ze mną do stajni rzadko, bo on mówi, że to głupie się gapić jak ktoś koniem w kółko po piaskownicy (placu) kaleczy (przytyk, że nie umiem= nie jeżdżę na zawody). A jest dzieciakiem od noworodka do stajni zabieranym, umie wyczyścić kopyta, rozumie zasady, zrzutki, punkty karne za czas w krosie, wyłamania,  itd. On tylko na zawody lubi (coś się dzieje, kupa ludzi), ale ogląda tylko przejazdy naszych. Jak nasi latem się zagrywali na olimpiade, to mało gaci nie zgubił tak kibicował. Ale na konia już go nie wsadzisz, bo go to nie interesuje. I nawet będąc od dziecka w stajni i rozumiejąc zasady sportowe on nie oceni czy dana jazda jest ok, czy coś jest nie tak. Bo go to nigdy nie interesowało.

Ja nie ocenię czy wypadki i ich ogarnięcie na treningach mojego syna są w granicach normy, choćby z tego powodu, że on jest taki numerant, że cokolwiek się dzieje on zawsze wstaje, otrzepuje się i krzyczy "Nic mi nie jest!".
W weekend miał dość poważny wypadek na placu zabaw (skończyło się wstrząsem mózgu i przyszywaniem kawałka nosa) i do końca, na sorze on twierdził, że owszem boli go, ale nic mu nie jest.... To co dopiero taki trener, który go widzi max 3 razy w tygodniu...


Chce tylko powiedzieć, że dla osób (rodziców), które same nie miały nigdy do czynienia z końmi nierealne jest ocenienie jakości szkółki i dobrostanu koni o ile nie dzieją się nadużycia typu: pijany instruktor, krew lejąca się z końskiego ciała, wulgaryzmy w stosunku do dzieci.
Jeśli do tego dołożymy "naturalne" talenty niektórych dzieci w pudrowaniu przed starymi niemiłych sytuacji (np. Nic mi nie jest!) to nie ma bata aby taki rodzic cokolwiek nawet podejrzewał.

Ja aktualnie stoję w stajni gdzie szkółka jest na super poziomie. Tam są grupy większe czasami i oni jednak się na tych jazdach sporo uczą, ba - nawet skaczą w grupach po 8 koni. Ba! Robią regularny progres, ba! instruktorka znajduje czas aby na sam koniec każdego podsumować indywidualnie. Ale to trzeba być naprawdę dobrym instruktorem - czyli umieć ocenić, czego w danej chwili nie korygować i nie powtarzać komuś czegoś jak mantrę, bo go to zblokuje i on się już na niczym innym nie skoncentruje. Co zacząć korygować na jakim etapie. jak pokazać w którymś momencie komuś kto się zachłysnął, że jeszcze dużo się musi uczyć ale go nie ośmieszyć czy nie zniechęcić. Umieć się komunikować z tą 8 osobowa grupą tak, aby każdy umiał w ciągu tej jazdy także popracować nad sobą sam.

Uważam, że na początku nauki jazdy w dużych grupach są lepsze niż instruktor w 100% poświęcający nam czas. Bo taki instruktor to często tyle wiedzy na klatę na początek, że i tak się tego nie ogarnie, a tylko się można sfrustrować, że ona gada i gada, a mi nic nie wychodzi. Czasem mniej znaczy więcej.
Viridila, ależ mi by się też nie chciało. Nawet do własnego nie tylko dzierżawionego. Kij z kasą, tą się da zarobić ale... no litości. Wyjazd 70km z Wrocławia (zakładając że trzeba dojechać gdzieś z "centrum"😉 to jest ponad godzina. Razy dwa. W stajni średnio godzinny trening plus po 45 min (lekką ręką) przed i po jeździe. To jest min 4 godziny. No ja dość mocno dysponuje czasem a i tak przekracza to moje możliwości gdybym miała tak jeździć 3 razy w tygodniu. W tej chwili mam konia pół godziny drogi od domu i ogarniam rzeczywistość raczej tylko dlatego, że stajnia jest czynna do oporu i mogę z niej wyjść nawet po 22. W przeciwnym razie brakowałoby mi dnia. Jak wracam to często jestem tak zmęczona że oczy mi się zamykają. I tak, faktycznie nie chciałoby mi się jeździć taki kawał - mam poza tym normalne życie, firmę, psy, męża itp 😉. Koszt dojazdu to byłaby już tylko wisienka na torcie.

A co do pierwotnej sprawy - ja tam widziałam świetnie prowadzone zastępy w 4 konie i kretyńsko prowadzone jazdy indywidualne (i to w tej samej stajni tylko przez różnych instruktorów). Kwestia instruktora, jego faktycznej wiedzy i podejścia.
Aby odpisać w tym wątku, Zaloguj się