Jak ustalić cel jazdy konnej?

Tania super że znalazłaś swój sposób. Każdemu może pomóc coś innego, najważniejsze że idze ku dobremu  co?
Ja na początku jeżdżąc w rekreacji bardzo chciałam skakać przez przeszkody, ale wtedy były takie czasy, że stajni było mało, a jazdy odbywały się w zastępie. Więc zaczęłam szukać jakiegoś klubu i możliwości startu w zawodach, ale to niestety wiązało się z tym że trzeba było mieć swojego konia, bo nikt na prywatnym ani szkółkowym nie pozwalał skakać. Wreszcie cel udało się osiągnąć rodzice kupili mi konia, po pół roku pojechałam na zawody. I właściwie później celem były każde kolejne zawody, żeby jak najlepiej wypaść. Jednak do klubu zaczęły przychodzić nowe osoby, trener postawił na ilość, a nie na jakość, wśród zawodników panował "wyścig szczurów" i zupełnie straciłam motywację do treningów. Przeniosłam się do stajni rekreacyjnej i sama dla siebie ustawiałam sobie jakiś mały parkur i skakałam dla przyjemności, potem przeniosłam konia do stajni typowo pensjonatowej i tam właściwie dopadł mnie kryzys. Bardziej on dotyczył samej jazdy, bo na stajnię lubiłam przyjeżdżać, czyścić konia, kąpać, czy chodzić na spacery. Po kryzysie kolejnym celem był kurs na Przodownika GTJ. Po zdaniu egzaminu znowu zmieniłam stajnię i znalazłam koleżankę do wyjazdów w teren. Celem było odkrywanie nowych, ciekawych miejsc do jazdy, ale koleżance w końcu się znudziło i przestała przyjeżdżać, więc znowu kolejny kryzys w jeździe. Ponownie zmieniłam stajnię, dalej od domu i ponieważ teraz pracuję to jeżdżę do konia 1-2 razy w tygodniu. I jak na razie bardzo mi to odpowiada, bo koń też był już znudzony codzienną jazdą, a teraz chętnie pracuję, czasem jeździmy w tereny, czasem po maneżu, włączamy jakieś małe przeszkody do skoków i jesteśmy zadowoleni.
arabiansaneta   Konie mamy zapisane w gwiazdach
30 czerwca 2014 06:58
Mnie się jazda na Niuńku ani sam kontakt z nim nigdy nie znudzi. To mój przyjaciel i terapeuta, ufamy sobie nawzajem, wiemy, co każde z nas za chwile zrobi, a on mimo wieku jest w stanie ciągle mnie czymś zaskoczyć, wciąż się uczy nowych rzeczy.
Taniu - super! 🙂
W razie kryzysów polecam Ci zabawę w łucznictwo! Strasznie fajne zajęcie, dużo się dzieje, prosta satysfakcja z tytułu "trafiony-zatopiony" i przy okazji na łuczniczych imprezach bardzo serdeczni i normalni koniarze bez przerostu ego🙂 Łucznictwo konne jest w sumie tak mało popularne, że na największych zawodach w Polsce gromadzi się raptem około 20 zawodników... z całego świata... 😀 W Korei już inna mowa.
Polecam - fajna odmiana i nowy cel zarówno dla jeźdźca i dla konia. A jeździć trzeba umieć - to się tylko wydaje takie proste🙂 Mogę Ci łuk pożyczyć jakbyś chciała spróbować  :kwiatek:
Dziękuję, ale łucznictwo lekko mnie przerasta.  :kwiatek:
Mnie dołował problem jak porozdzielać klacze w pojedynkę. Obawiałam się, że będą się jakoś buntować.
Tymczasem były bardzo grzeczne.
I sobie pomyślałam, że być może zafunduję sobie jazdę west. Dawno nie próbowałam. Będzie inny koń, inny trener.
Coś nowego na stare lata.
aleqsandra   Kreujemy swój świat tym w co wierzymy
30 czerwca 2014 09:10
Tania, zrób sobie urlop, mi wystarczyły 4 dni bez konia, żeby wrócić do stajni ze łzami w oczach 😉 przy większym kryzysie tydzień-dwa-miesiąc i wrócisz na skrzydłach 🙂 koniowi też się przyda oddech
strzemionko   w poszukiwaniu szczęścia przemierzamy cały LAS ;)
30 czerwca 2014 09:16
Mnie dołował problem jak porozdzielać klacze w pojedynkę. Obawiałam się, że będą się jakoś buntować.


tzn. zostawić jedną a z drugą iść na jazdę...? Chyba wiem coś o tym  🙄


a west bardzo fajny, nigdy nie próbowałam ale kiedyś na pewno  🙂
A tak odbiegając od mojego przykładu (  :kwiatek: dziękuję za rady). To sposób na kryzys = przerwa, zmiana otoczenia, stylu-nowe otwarcie.
A cel? Co jest Waszym celem? Kiedy byłam młoda to celem oczywiście było:
- pracować w stajni
- wystartować w IO.
Teraz też tak się marzy?
Tania, chyba wiem co masz na myśli.
Parę lat temu z kilku przyczyn zmieniłam stajnie z takiej z halą i trenerem na zwykłe gospodarstwo z łąkami, boksami angielskimi ale z kiepskim małym placykiem, brakiem oświetlenia itd. Zostawały mi tereny w weekendy. Pierwszy rok było super. Zajęłam się czymś innym, koń miał dobrze, wsiadałam ze dwa razy w tygodniu. W drugim roku już gorzej. Pogoda była taka, że albo lało i błoto po kostki, albo śnieg po kolana. Zero jazdy. Zaczęło mnie to męczyć i denerwować. Zaczęłam tęsknić za czymś nieokreślonym. W trzecim roku już nie było dnia żebym nie wspominała tego uczucia, które się ma po udanym treningu. Tego unoszenia się 10 cm nad ziemią.

No i wróciłam. Skoki już mnie przestały kręcić i dodatkowo miałam i mam na miejscu super trenerkę ujeżdżenia. Przekwalifikowałam się szybko i zaczęłam od nowa.
Myślę, że muszę mieć progres żeby kręciła mnie jazda konna, czy cokolwiek innego. Na zawody nie jeżdżę. Szkoda mi czasu, bo to nieraz wyjazd na 2-3 dni. Nie chce mi się. Kręci mnie żebym widziała efekty pracy, którą lubię. Lubię jak to się mówi rzeźbić, ćwiczyć i potem widzieć efekt. Gdyby tego nie było, gdybym kręciła się w miejscu to przeszłabym znów w tryb leśny i zapewne po roku zrezygnowała w ogóle. Koń poszedłby na łąki i tyle. Kiedy zaczynałam, miałam pierwszą lonże, potem pierwsze kłusy, galopy moim marzeniem i celem był wyjazd w teren. Wydawało mi się to kwintesencją jeździectwa. Teraz jadę w las tylko po to żeby konia zrelaksować i przewietrzyć. Celem moim jest ciągłe doskonalenie siebie i konia. I żeby wiedzieć progres.

Zabawne, ale to samo mam ze snowboardem. Jeżdżę niewiele. Raz w roku tygodniowy wyjazd. Dwa lata temu miałam kryzys bo widziałam, ze powtarzam wciąż te same błędy i nie potrafię tego przełamać. W tym roku wykupiłam sobie kilka lekcji i poszło do przodu. Udało mi się uzyskać postęp. Od razu inna technika i energia jazdy. Gdyby się nie udało – zrezygnowałabym w ogóle z tej zabawy.

Może u Ciebie jest podobnie? Masz wątpliwości co dalej, bo ciągle robisz to samo. Kręcisz się w miejscu. Myślę, że ten west jest dobrym pomysłem. Zaczniesz od nowa.
Moim celem jest zwiedzenie kolejnych miejsc z moją czterokopytną towarzyszką- rajd po łódzkim, rajd szlakiem transsudeckim, rajd po Ukrainie (nieaktualne 😀), rajd przez Węgry. A szczyt szczyt marzeń, kompletnie nie osiagalny- to przejechać Amerykę północną od wschodniego wybrzeża do zachodniego, jak wujek mojej koleżanki 😉 😉 😉
.
kujka   new better life mode: on
30 czerwca 2014 12:15
Tania, rozwoj! Jak najwiecej, wiedziec i umiec!
Moim celem jest moja i konia przyjemność. Lekcje z Trenerem sprawiają, że to czego się nauczę nikt mi już nie odbierze 🙂. Staram się cały czas edukować. Sprawia to, że jestem w stanie lepiej uczyć swoich uczniów, co daje mi ogromną frajdę. Choć jak zaznaczam, "kasa z koni" nie jest moim głownym źródłem dochodu, a raczej miłym dodatkiem na marchewki 🙂.

Jeżdżąc ujeżdżeniowo kilkanaście lat, zapomniałam ostatnio jak to fajnie pojechać w teren, bo nie było okazji, bo sama to nie chce... zmusił mnie ostatnio mój koń sfrustrowany czterema ścianami hali 🙂. (Dzięki Gajson :*)

To takie moje refleksje, ale...

może warto spróbować czegoś nowego: nie wiem.. pouczyć konia sztuczek, pobawić się w naturala (chociaż to drażliwy temat ;p), nauczyć wchodzić do wody jeśli nie umie... itp itd...

każdy mały kroczek na przód niezwykle cieszy!
Mój cel to zachować zdrowie. Fizyczne i psychiczne 🙂. Do psychicznego potrzebuję dokądś dążyć. Do czegoś wymiernego. Kiedyś wystarczało mi niewymierne pt. nauka, postęp, rozwój, coraz lepiej ujeżdżony, skaczący koń, coraz większa sprawność. Jeszcze wcześniej cele były takie prostsze: pierwszy teren w grupie (po x czasu dostępowało się takiego zaszczytu), pierwsza metrówka, pierwsza krosówka, Hubertus w SO...
Pamiętam jak miałam 9 lat i miałam pierwszą lonżę. Cieszyłam się jak głupia przed każdą jazdą, chociaż nawet głaskając konie czułam się mega szczęśliwa. Teraz stara baba ze mnie (15 lat  😁 ) i jak widzę konia to nic nie czuję. Nie ma już takiej dziecięcej radości  🙁. A szkoda... Ciągnie mnie do sportu mocno. Udany trening daje mi namiastkę tamtejszej radości. Jak ja chciałabym być dzieckiem i cieszyć się z towarzystwa konia.
Chyba powinnam sobie zrobić wakacje (ale nie mogę, bo mam pod opieką konia i nikt inny nie będzie potrafił się nim zająć - najwyżej koleżanka może wyczyścić)...


Może to jest kwestia tego że nie czujesz nic do koni bo nie masz tego jedynego, ulubionego na którego widok sama się uśmiechasz?

Ja zaczęłam jeździć bo podobało mi się to i lubiłam konie, a do tego miałam wtedy depresję. To taki stan że nic Cię nie cieszy i nic nie czujesz względem niczego, taka pustka. Dlatego nie zdziwilam się że oprócz tego czegoś co mnie do nich ciągnie nie czułam nic. Tak było długo ale myślałam sobie - no depresja i już. Sama jazda była dla mnie odstresowaniem ale nie jakimś wielkim przeżyciem emocjonalnym, do tego nie szło mi najlepiej i wpadłam w kryzys, nie wierzyłam w siebie już kompletnie, ale nie chciałam się poddać.
Do czasu kiedy spotkałam fantastyczną trenerkę, ona przebiła się przez moją skorupę i pojawiło się jakieś uczucie z jazdy - a podobne do euofirii i radości🙂
Do koni nadal nic nie czulam oprócz sympatii i strachu bo w miedzyczasie dostałam kopa i spadałam parę razy.

Zmieniłam stajnię, bo terenrka odeszła. Zaczęłam indywidualne treningi i....zaprzyjaźniłam się z koniem, znalazłam porozumienie i cieszę się za każdym razem kiedy do niego jadę i kiedy go głaskam i czeszę mu grzywę. Zaczęłam na konie patrzeć inaczej jakbym znalazła do nich drogę i cieszę się z ich obecności, nie tylko tego jednego (z niego najbardziej) ale ogółem.
Jaki mi długi post wyszedł. 😵 W sumie nie obrażę się jeśli nikt go nie przeczyta, 😉 a tak pewnie będzie 😂

Ja chyba jestem dziwnym przypadkiem 😉. Zaczęłam jeździć bo chciałam, nikt mi nie kazał. Długi czas jeździłam na lonży w stajni gdzie koń był już wcześniej przygotowany, byłam (i pewnie nadal jestem  😁 ) wielkim beztalenciem, bo jeździłam na tej lonży kilka miesięcy, inna sprawa, że naukę kłusa zaczęłam od ćwiczebnego więc do anglezowania nie doszłam wcale. Potem stajnia się zamknęła i miałam kilkuletnią przerwę. Znalazłam nową stajnię i zaczęłam naukę praktycznie od zera, znów długo na lonży jeździłam, w końcu pozwolili mi jeździć w zastępie. Jeździłam w tej stajni łącznie około 2 lat, do galopu nie doszłam. Ich wymówką był mój strach przed końmi. Bałam się czyścić i siodłać praktycznie każdego konia, czasem wybiegałam wręcz z boksu lub wcale do niego nie wchodziłam, więc siodłać ani czyścić nie umiałam, na koniu było ciutke lepiej. Jeździłam bo sprawiało mi to radość, nie czytałam żadnych książek o koniach, nie interesowałam się zawodami, niczm. Wystarczyło mi to co było na jeździe czyli wiedza, że tu koń ma kopyto, głowę i ogon, to jest kopystka a to zgrzebło. To jest wolta, to kłus, to stęp, to półsiad i tyle. Jakieś tam drągi pojeździłam kilka razy wyższe określane mianem "skoków". I byłam zadowolona. Na żadne obozy konne nie jeździłam, bo za mało wg tamtejszych instruktorów umiałam. W końcu powiedzieli mi że za bardzo boję się koni i instruktor nawet na jeździe musi mi poświęcać najwięcej uwagi i mogę jeździć albo tylko na lonży, albo indywidualnie, lub przychodzić i przebywać wśród koni. Żadnej z tych opcji nie wybrałam bo odebrałam to jako zniewagę 😵 , przeciaz ja tak świetnie jeżdżę. Miałam przerwę około 1,5 roku. Poszłam do gimnazjum i okazało się że moja koleżanka też jeździ. Pojechałam tam na jazdę, na trzeciej jeździe miałam pierwszy galop, znów byłam szczęśliwa ale tym razem nie wystarczała mi jazda raz w tygodniu. Z niecierpliwością czekałam na następną jazdę, jak nigdy przedtem. Również jeździłam w zastępie, dalej bałam się koni ale konie były już gotowe, trzeba było tylko je rozsiodłać co jakoś dawałam radę przeżyć. Po kilku miesiącach zaczęłam oglądać filmiki na YT z odznak, zawodów czy zwykłych jazd i zapragnęłam również zdać na odznakę. Miałam wielkie plany zmiany stajni na taką w której organizują egzaminy, jazdę w sekcji i w jakieś półtora miesiąca nauczenia się od zera kłusa ćwiczebnego, pełnego siadu i poprawnego półsiadu w galopie oraz zupełnie od początku skoków.  😂 Stajni w końcu nie zmieniłam i dobrze bo zrobiłabym z siebie pośmiewisko, teraz to widzę. Szukałam też obozu i w końcu przez przypadek trafiłam tam gdzie teraz właśnie na obozy jeżdżę. Pojechałam tam na majówkę i w 5 dni przestałam choć trochę bać się koni, nauczyłam się czyścić i siodłać. Okazało się też że trzeba wrócić do podstaw takich jak ruszanie stępem bo wszystko a przynajmniej większość rzeczy robię źle. Zobaczyłam co to znaczy jazda indywidualna na dobrze zrobionych koniach i takiej stajni szukałam w swojej okolicy.

Minął rok a ja dalej nic nie znalazłam. Jeździłam w różnych stajniach z różnymi instruktorami, odznakę miałam zdawać rok temu pod koniec wakacji, w końcu nie podeszłam. Dużo czytam, pogłębiam swoją wiedzę ale czuję, że stoję w miejscu. Teraz jeżdżę ze znajomą instruktorki z tamtego obozu, niestety ona też nie do końca poprawia moje błędy a sama na podstawie tego co przeczytam w "interpretacji" za dużo nie zrobię, mi musi ktoś wciąż gadać co robię źle. Konie w tej stajni są typowymi rekreantami a ja chciałabym jeździć na takich jak na tym obozie, reagującymi na delikatne pomoce.

Jestem w głupiej sytuacji, bo tam po każdej jeździe unoszę się 10 cm nad ziemią, konie mnie słuchają, rozluźniają się, wychodzą mi koła, zawsze jest coś mi wyjdzie a jeśli nie dziś to jutro. A tu gdzie jeżdżę nie ma takich efektów. Konie zatłuczone, wchodzące do środka, część jazdy zajmuje mi przypomnienie im co znaczy łydka i kto tu rządzi, a i tak nie zawsze mi wychodzi i czasem koń jest grzeczny przez chwilę a potem ma mnie już w d*pie. Nie pomagają inni jeźdźcy którzy bezczelenie podjeżdżają mi na koło pomimo mojego głośnego "Uwaga koło!", i ja muszę szybko hamować tuz przed chwilą pogoniłam konia batem.  Potem też mam kryzys, bo nic mi się nie udaje. Również nie pomaga mi moja głowa, szybko panikuję, jestem pesymistką. Czuję też że stoję w miejscu, bo te konie nie są tak wyszkolone jakbym chciała (nie chodzi mi o to żeby chodziły Grand Prix tylko żeby poprawnie odpowiadały na pomoce) i nie czuje żebym się rozwijała, a nie mam możliwości dzierżawy, przede wszystkim czas, brak konia, trener by się znalazł, i w tej chwili pieniądze.
Na szczęście koni boję się już duuużo mniej (ale dalej niestety jest :/ ) i radzę sobie z ich co raz większą ilością. I znalazłam sposób: gdy na jednej jeździe mi coś nie wyjdzie to chcę tego konia na następną jazdę, która ma się odbyć jak najszybciej. W innych sytuacjach poza jazdą konną tak nie mam niestety. 😉 Takie zniechęcenie często mi mija maksymalnie po jednym dniu. A kiedy trzyma sie mnie dłużej to jestem wdzięczna moim rodzicom, którzy każą mi jechać na konia i tyle. Czasem pomaga mi też wkurzenie się na instruktora (działało to szczególnie w jednym przypadku kiedy nie za bardzo go lubiłam i mnie szybko denerwował). Nie wiem co prawda jakby to działało gdybym miała własnego konia i bym np. nie miała trenera.
Z koni nie zrezygnuje, bo to lubię, myślę że to moja pasja, a gdybym zrezygnowała to bym chyba się zanudziła, nie mam żadnych innych zainteresowań, oprócz koni i czytania książek.  😂 Wydaje mi się też że nie wystarczyło mi same przebywanie z końmi. Mnie zawsze przyciągała jazda. Chociaż może była to wina mojego strachu i teraz byłoby inaczej.  Ale dla mnie trzeba się rozwijać, inaczej przychodzi zniechęcenie.
julka177, czegoś nie rozumiem. Rozumiem, że jesteś w złej stajni. Że nie robisz postępów, ani takich jak byś chciała, ani typowych. Dlaczego napisałaś, że "wyszłabyś na idiotkę" zmieniając stajnię i ucząc się podstaw w 1,5 miesiąca (co zupełnie wystarcza przy jeździe 3x w tygodniu)???
[b]julka177[b] strasznie dużo zmiennych u ciebie boisz się jeździć czy nie, chcesz się doibrze tego nauczyć czy powozić dla przyjemności? CIężko z tego powiedzieć na jakim poziomie jeździsz, ale może byc tak, że te zatłuczone rekreanty, o których piszesz wcale takie nie są a po prostu jak to na rekreanty przysały wyczuwają każdą niepewność jeźdźća i najwięcej mogą nauczyć. Każdy by chciał żeby wszystrko zawsze wychodziło ale to tak nie działą tylko zwiększając sobie trudność i jeźdząc na koniach, na któ®ych w danej chwili wychodzi CI gorzej masz szansę poprawić swoją skuteczność. Bo przecież to nie tylko ma ładnie wyglądać, ale przede wszystkim być skuteczne😉
Dziwie się też, że sama piszesz, że nie czytałaś książek ani nic, a tu nie chodzi przecież o ambicje sportowe a o luidzką ciekawość. Jazda jest od szlifowania praktyki od zadawania pytań jak ma się jakieś niepewności, instruktor nie jest w stanie wyłożyć ci całej teorii jazdy konnej podczas godzinnej jazdy. Dlatego jak ktoś się chce naprawdę nauczyć to jedna powinien czytać, dużo czytać i tą teorię sobie utrwalać żeby potem w warunkach stresowych na jeździe jak coś nie wychodzi umieć/probować wcielic teorie  w żcyie🙂
Chyba gdzieś po drodze zgubiłam sens swojego posta. 😵.
julka177, czegoś nie rozumiem. Rozumiem, że jesteś w złej stajni. Że nie robisz postępów, ani takich jak byś chciała, ani typowych. Dlaczego napisałaś, że "wyszłabyś na idiotkę" zmieniając stajnię i ucząc się podstaw w 1,5 miesiąca (co zupełnie wystarcza przy jeździe 3x w tygodniu)???


Napisałam tak bo było to ponad rok temu, sama oceniasz moje filmiki w "interpretacji" więc myślę że możesz sobie wyobrazić moją jazdę 1,5 roku wcześniej. Po pierwsze, do sekcji nikt by mnie nie wziął, są jakieś wymagania których ja nie spełniałam (poziom jazdy), po drugie, w półtora miesiąca jeżdżąc nawet 3 razy w tygodniu nie byłabym w stanie nauczyć się tego wszystkiego. Znam siebie, swoje ciało i jego możliwości w tym zakresie. 😉

Magdzior jeździć się nie boję, wiadomo mówię tu o jeździe stęp, kłus, galop, lekki teren w trzech chodach, na ułożonych koniach.
Dziwie się też, że sama piszesz, że nie czytałaś książek ani nic, a tu nie chodzi przecież o ambicje sportowe a o luidzką ciekawość. Jazda jest od szlifowania praktyki od zadawania pytań jak ma się jakieś niepewności, instruktor nie jest w stanie wyłożyć ci całej teorii jazdy konnej podczas godzinnej jazdy. Dlatego jak ktoś się chce naprawdę nauczyć to jedna powinien czytać, dużo czytać i tą teorię sobie utrwalać żeby potem w warunkach stresowych na jeździe jak coś nie wychodzi umieć/probować wcielic teorie  w żcyie🙂 (...)  chcesz się doibrze tego nauczyć czy powozić dla przyjemności?

Kiedyś (patrz w pierwszych dwóch stajniach) było to tylko zajęcie na weekend, nie miałam jakichś specjalnych marzeń tylko żeby pojechać w teren np., takie zwykłe wożenie tyłka. 😉 Nie czułam potrzeby dokształcania się, miałam jakąś tam encyklopedię koni, która jak dziś na to patrzę ma sporo błędów, ale przeczytałam ją całą. W internecie ciągle nie siedziałam, tak naprawdę re-voltę (oczywiście dużo później) znalazłam, bo chciałam znaleźć obóz, później się wciągnęłam 😂.
Dopiero 1,5 roku temu zmieniłam do tego podejście, nie zadowala mnie wożenie tyłka, chcę czegoś więcej i tak moim skromnym zdaniem nie jestem takim kiepskim jeźdźcem, żeby rekreanty wyczuły kto siedzi i stwierdziły że nie bo nie. Oczywiście nie mówię tu że świetnie jeżdżę, bo tak nie jest, ale konie w większości mnie słuchają.  🙂 Wydaje mi się, że jestem trochę na granicy wożenie tyłka - ambitniejsza rekreacja 😉
ushia   It's a kind o'magic
05 lipca 2014 09:23
Tania, ale Cie dopadlo!
nie chce Cie martwic, ale jak tyle lat jestes z konmi to nawet z kryzysami po drodze juz nic Cie nie uratuje 😉

mnie sie trafiaja regularnie - bo dalej nie mam swojego konia, bo dalej nie umiem jezdzic tak jak bym chciala, bo ciagle przerwy we wsiadaniu, a ze anatomia taka a nie inna to przerwy skutkuja powaznymi regresami dosiadowymi, bo to, bo tamto.

mialam pare razy pomysl, zeby dac sobie siana i zrezygnowac
ale nie umiem

co do marzen - o IO nigdy
taki naprawde wysoki sport mnie nie kreci, ja jestem introwertykiem, wiec wystarcza mi dlubanie dla wlasnej satysfakcji
moze to oszukiwanie siebie, moze zludne poczucie ze minimalnie ale cos do przodu - nie wiem, ale to co naprawde bym chciala to wlasna stajnia. pal szesc zawody - stajnia. Codzienne sprzatanie, scielenie, karmienie, konie pod nosem, bez dojazdow, bez kombinowania

w sumie jak tak poczytałam i pomyslałam to może faktycznie powinnam przestać wsiadać :/
ani talentu ani kasy, bez sensu


julka177, Ja myślę, że wcale nie jesteś dziwnym przypadkiem. Znam bardzo dużo osób, którą by chciały ale się boją, rezygnują, wracają, rezygnują, wracają...
Uważam, że jesteś inteligentna i ambitna, brakuje tylko jednego - dobrego instruktora. Już Ci pisałam w "interpretacjach", koniecznie szukaj możliwości jazdy na prywatnym koniu, indywidualnie. Nawet jeśli miałoby to być drożej i rzadziej, to i tak będzie znacznie lepszym rozwiązaniem dla Ciebie.

Ja obecnie jeżdżę, a w zasadzie wracam do jazdy, bo muszę. 😁
Na tą chwilę znacznie bardziej sprawia mi przyjemność uczenie innych niż jazda. No ale, żeby uczyć trzeba często samemu wsiąść, pokazać, czy skorygować konia.
A jak się wsiada tylko czasami i na chwilę, to nie da się utrzymać kondycji, równowagi, mięśni i ogólnego luzu w siodle.
Więc trzeba jeździć regularnie. Muszę wrócić co najmniej do formy sprzed ciąży, żeby pracować jako instruktor. Bo teraz jak wsiadam, to jestem zasapana bardziej od konia, żeby coś poprawnego z niego wydusić. 😵 😁
Wiem, że będzie to kosztowało trochę wysiłku, a jakaś taka rozleniwiona jestem...
Najchętniej bym tylko w samotne tereny do lasu jeździła, jakbym mogła, bo to uwielbiam od zawsze i niezmiennie.
kryzys w jeździe konnej? A miałam go już z dziesiątki razy? A po co mam jezdzic, a nie chce mi się a za stara jestem i po cholerę mi to lepiej iśc z męzem do znajomych itp. itd. Kiedys (a mam własne konie we własnej stajni) nie wsiadłam na konia a chyba z pare miesięcy. I owszem sprzątałam, czesałam ale jezdzic mi się zupełnie nie chciało. No ale jakos samo minęło wsiałam i znów czuje to coś ja i koń, przestrzen , swoboda i nikt więcej. Czasem jadę z kimś czasem sama. Nie mam żadnych ambicji pt skoki , ujeżdżenie bo nawet nie lubię ćwiczyć na ujezdzalni . Szybko się nudzę i ja i kon a instruktor ciagle się na mnie denerwuje więc uciekamy przed siebie. Uwlebiam jazdy po lasach ot tak jak dziś gdzie w gęstym , błotnistym lesie widziałam pare łosi. Na koniu gdzies zostawiam problemy zawodowe , prywatne to wszystko zostaje gdzieś w tyle. A dziś kobyła była mega fajna, posluszna, rozluzniona.  Jaki ja mam cel? Żaden, nie stawiam sobie żadnych wymagań ani sobie ani koniom. Po wypadku mojej córki (dalej ma pare srub i pręt w nodze) myślałam ,że może będę miała jakiś hamulec albo cos mnie zatrzyma. Nic z tego uwielbiam jezdzic a jak mi się znów znudzi ,znów dopadnie mnie kryzys to ... to tez nic , konie nadal będą jezdzone przez Tuch , będą wychodzić na pastwiska a ja znow będę siedziała na pastwisku godzinami i patrzyła jak skubią trawę. Kryzys to nic takiego , ma się już te latka ,może dopaść każdego , później mija i znów jest cudnie.
ushia, To ja ostatnimi czasy miałam odwrotnie....
Własny koń i własna stajnia - jak kula u nogi. Już chciałam w pewnym momencie rzucić to wszystko, wystawiłam konie na sprzedaż i... no, nie moge. Postanowiłam zawalczyć. Na razie... jest ok.

Interesuje mnie samorozwój. I ciekawostki: spróbuję jazdy konnej po damsku, pojadę na rajd, spróbuję westu, wystartuję w jakichś towarzyskich zawodach. Sama dla siebie.
A.   master of sarcasm :]
05 lipca 2014 19:30
Taniu

jak wiesz, jeździłam przez ponad 20 lat od poniedziałku do soboty, po kilka-kilkanaście koni dziennie, zawodowo, i jakoś nie wyobrażałam sobie inaczej. Jak już prowadziłam stadninę i stajnię wyścigową w Newmarket to mi się odechciło na dobre, wolałam być na ziemi. Teraz mam własne konie, własną hodowlę (też to wiesz) i nie jeżdżę - nie chce mi się. Wcale nie wykluczam, że już na Podlasiu zacznę od czasu do czasu, żeby pośmigac polnymi drogami, szczególnie na mojej swirniętej Kamphorze. Żeby znowu mieć to uczucie wolności!
fanelia   Never give up
07 lipca 2014 15:54
Dużo mówimy o tym, żeby koniowi było wygodnie, żeby pasował sprzęt, żeby postępować zgodnie z końską naturą i instynktami itd., to bardzo dobrze, ale często zapominamy o sobie, a moim zdaniem najlepszym i nadrzędnym celem jazdy konnej powinno być nasze samopoczucie. Myślę, że każdy może o sobie powiedzieć, że jest zestresowany, czasem przygnębiony, zdenerwowany, wypompowany. Tymczasem jazda konna daje pozytywnego kopa, zdrowie (oczywiście mowa o osobach nie uprawiających raczej wyczynowego sportu i postępujących zgodnie z wszelkimi zasadami bhp😉 ), możliwość odreagowania, zrelaksowania się, schudnięcia czy poprawy kondycji, odetchnięcia świeżym powietrzem (np. po całym dniu w biurze), rozprostowania kości, poczucia spokoju i bezpieczeństwa, jakie płyną z obcowania z dużym, silnym zwierzęciem. Tego nie jest w stanie dać żaden inny sport, czy też aktywność 🙂 Celem jazdy konnej nie musi być sport, osiągnięcia treningowe, czy próbowanie czegoś nowego (ale oczywiście może tak być), ale przede wszystkim powinien to być nasz relaks, miłe spędzanie wolnego czasu!
Mnie też niekiedy dopada kryzys, stara baba, stary koń. Jak nie chce mi się jeździć, to przyjadę do stajni, poczyszczę, pomiziam, zrobię spacer w ręku i tyle. Tania, z własnego doświadczenia wiem że wakacje mogą pomóc.


WARTUSIA nie jedna nastolatka może Ci pozazdrościć werwy  😉


Rudzik   wolę brzydkiego konia, niż piękną sukienkę
08 lipca 2014 07:33
Mnie się wydaje że cel w jeździe konnej zawsze jest. Im więcej wiem, tym bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że bardzo niewiele wiem ...ale ja to piszę z perspektywy nowicjusza, co to trawersy, ciągi i lotne ma przed sobą jeszcze.
Aby odpisać w tym wątku, Zaloguj się