figura

Konto zarejstrowane: 07 grudnia 2008

Najnowsze posty użytkownika:

PSY
autor: figura dnia 01 marca 2020 o 17:48
epk moje psy chwilę były na półwilgotnym Edenie - choć skład super, to piły wodę na potęgę po tej karmie. Jak się potem okazało, sporo psów znajomych na tej karmie również sporo piło i najprawdopodobniej to efekt gliceryny, która sprawia, że groszki są takie miękkie. Teraz używam jej jako smaczków, bo pachną lepiej i są miększe niż Alpha Spirit.

A co do klatek: to zależy. Jeśli klatka służy Ci głównie do przewozu psów z miejsca A do miejsca B, to opcja, w której pies może podnieść głowę maksymalnie na wysokość kłębu w siadzie jest ok, ale jeśli jeździsz na seminaria i pies Ci w tej klatce ma siedzieć potem cały dzień, to słabo. Na dłuższą metę to nie jest fizjologiczne dla mięśni i musiałabyś po każdym wyciągnięciu psa z klatki pamiętać o porządnym rozciąganiu przed ćwiczeniami.
PSY
autor: figura dnia 03 lutego 2020 o 14:05
Szalona😉 - z typem sierści chodziło mi o to, że jeśli to będzie to pies krótkowłosy, to może Ci po prostu marznąć w zimne dni na podwórku  😉 Nie mam nic do psów podwórkowych, tylko trzeba dobrać do siebie takiego psa, który nie będzie nastawiony na taką współpracę z człowiekiem ( to już dziewczyny fajnie opisały wszystko ), albo jeśli to pies użytkowy, to kojce też ujdą, choć wtedy trzeba włożyć dużo pracy i czasu wolnego, żeby spuścić im parę i to już inna para kaloszy.
Domyślam się, że chciałabyś pomóc temu szczeniakowi, tylko uważaj, bo w przypływie empatii ludzie biorą psy, które sumarycznie zupełnie nie pasują do ich stylu życia i rodziny. I potem męczą się i oni i psy 🙂 Jest fajna fundacja Duch Leona, albo sekcja molosowatych na Paluchu, gdzie na pewno znajdziesz stabilnego, przystosowanego do życia na dworze psa 😉
PSY
autor: figura dnia 02 lutego 2020 o 18:23
Szalona😉
1. 5 tygodni to za mało, żeby wydawać szczenię, ale jeśli Wasz JRT jest ogarnięty i nie zabija innych psów, a warunki tam są fatalne, to mniejszym złem będzie wzięcie szczyla do siebie. I na pewno ten psiak będzie musiał mieszkać z Wami w domu przynajmniej dopóki nie podrośnie.
2. Jeśli matka jest labradorem, to jest szansa, że typ sierści odziedziczy po niej. Jeśli tak, to nie jest idealny wybór na psa podwórkowego.
PSY
autor: figura dnia 29 listopada 2019 o 14:55
Muchozol - a faktycznie, przepraszam, czytałam na szybko! Mój błąd.
Nie wiem jakie dokładnie macie kryteria, jeśli te, które podałaś tutaj wcześniej: pies mieszkający w budzie, stróż, towarzysz spacerów - to ja bym przede wszystkim przypatrzyła się molosom, a nie szła w owczarki pracujące przy nodze. Każdy pies ( no może poza większością IX grupy FCI 🙂 ) będzie na jakiś sposób trudny, ze względu na predyspozycje rasowe i pewne cechy wyostrzone w wyniku hodowli.
CAO nie jest łatwym psem, ale to kwestia raczej tego, że potrzebuje stabilnego i konsekwentnego opiekuna, to są bardzo stabilne i zrównoważone psy, stworzone do długich wędrówek ( mimo wielkości ). Warunki atmosferyczne im nie straszne i są mądrymi stróżami - specjalnie piszę mądrymi, bo z mojego doświadczenia mało psów w typie ONków to stabilne psy, które radzą sobie z rolą stróża. I jakby jest to też uzasadnione, bo nie do tego zostały stworzone.
Opis owczarka wschodnioeuropejskiego brzmi ciekawie, ale zastanawiam się na ile ma przełożenie w rzeczywistości - we wszystkich służbach odchodzi się od psów dużych i przerośniętych z wielu względów, począwszy od czasu dojrzewania takiego psa ( im większy tym dłużej to trwa, a przy okazji większe psy szybciej przechodzą na emeryturę, więc ich realny czas pracy to max 5 lat ), po utrzymanie i szybkość reakcji - większy pies jest wolniejszy. Wyobraź sobie psa minimum 70 cm w kłębie o słusznej wadze, który musi szybko przeszukać teren niedostępny, lub takiego psa który ściga podejrzanego...
Druga kwestia to użycie psa o możliwie rozwiniętych reakcjach agresywno-stróżujących jako pies przewodnik...no nie 🙂 Z wielu względów takich psów się nie używa.  Rosjanie mieli kilka swoich pomysłów na wiele ras, chociażby CTR jako świetny pies pracujący i alternatywa dla ONka...wyszło jak wyszło, szału ni ma.
PSY
autor: figura dnia 28 listopada 2019 o 20:02
Perlica, wiesz co, duża część ludzi,którzy mają maliny to trenerzy/zawodnicy, osoby, dla których kynologia jest też zawodem. Spora część to ludzie młodzi, którzy nie mają jeszcze dzieci, mają energię i więcej czasu, bo np godziny po pracy mogą poświęcić w pełni psu. Część ludzi pracuje zdalnie, więc odpada kwestia zostawiania psa samego w domu. Dla wielu ludzi treningi i praca z psami jest ogromnym hobby i staną na głowie, żeby znaleźć czas po pracy dla psa.
Da się pogodzić dom, rodzinę, pracę i malinę, ale to jest naprawdę trudne. O wiele trudniejsze, niż przy psie innej rasy.
Jeśli jesteś dobrym zawodnikiem to z reguły idziesz w trenerstwo, ludzie cię kojarzą, przyjeżdżają do ciebie na treningi. Otwierasz szkółkę, robisz papiery behawiorysty/trenera i zaczyna być to Twoim zawodem. Wiele ludzi tak zaczynało - najpierw pojawiła się pasja, jakieś starty, wkręcali się, pojawiały się kolejne psy, itd itd.
PSY
autor: figura dnia 28 listopada 2019 o 19:32
Perlica, ja odnoszę się do tego, że ktoś napisał Muchozol, że można znaleźć malinę dla laika. Pytanie - czy czytając powyższe opisy tego psa nadal można uznać, że tak jest?

Z tymi wszystkimi problemami w życiu codziennym to są psy w czołówce jeśli chodzi o motywację do pracy i wytrzymałość. Coś za coś. W niektórych sportach wręcz maliny z ich predyspozycjami królują.
PSY
autor: figura dnia 28 listopada 2019 o 19:09
Muchozol, tylko na forum belgowym nie odezwał się nikt, kto pracuje z malinami lub kto szkoli psy/jest czynnym trenerem/behawiorystą/zawodnikiem. Ktoś tam ma Tervika, ktoś psa w typie Gronka, ktoś miał belga ma DT itd itd. Były ze 2-3 osoby, które faktycznie mają maliny ( ale nie są trenerami ) i one podkreśliły jak dużo trzeba takiemu psu poświęcić czasu, żeby spełnić jego potrzeby. Na tym forum są również trenerzy i zawodnicy różnych sportów z naprawdę wysokiej półki. Wkleję Ci opis napisany przez Sylwię Szugzdę( znajdź sobie kim ona jest...dla belgomaniaków autorytet nie do podważenia ) malin:
,,nerwowe, często nie socjalne (agresywne lekowo), mająe problem z koncentracją, wymagające długich treningów, destrukcyjne wobec siebie i otoczenia, problem z szybkim przyjmowaniem pozycji, dośc mało skrętne, dośc często słabo rozpędzające się na krókich odcinkach, wokalne. szybko uczące sie ( w porównaniu do innych ras), przeważnie chętne do pracy - pracoholicy, lubiące pracować z cżłowiekiem, agresywne, łatwo akceptujace stado, odporne na warunki atmosferyczne, dosc latwo nawiazujace kontak wzrokowy. Twoj belg njpradpodobniej bedzie Cie uszkadzal na treningach i choc wlasciciele maliniakow sie tym szczyca to naprawde nie jest przyjemnym miec posiniaczone uda, szramy od pazurow na nogach, pogryzione dlonie, schodzace paznkncie bo Twoj maliniak bedzie swiaodmie walil w Twoja reke zebys puscila pilke. Mozesz miec rowniez czesto rozwalone wargi bo wyskoczy Ci do ust, ukruszone zeby, podbite oczy bo akurt bedzie chcial wyskoczyc do gory jak sie schylisz by zapiac mu smycz. Nie bedziesz z nim chodzic luzem po parku, nie bedziesz z nim chodzic na dog gemsy z kolezankami ktore maja bc. Bedziesz sie musiala nauczyc przewidywac reakcje Twoje psa, oraz reakcje innych psow oraz ich debilnych wlascicieli ktorych pieski ciagna na flexi w strone Twojego psa by sie "przywitac". Mysle ze tez bedziesz przechodzic etap pilnowania zasobow 😉. Etap niszczenia domu, ogrodka, samochodu." - oczywscie jelsi bedzie bez kontroli, destukcyjne rowniez wobec siebie, stale uszkadzajace sie, wpadajace na ogordzenia, ploty, lamiace pazury, nadziewajace sie na galezie etc.''
I to jest opis od osoby, która tych psów przerobiła multum. Serio, uważasz, że da się znaleźć malinkę dla laika? Moja suka, z hodowli FCI, z super socjalem, wcale nie jakaś mega ciężka linia hodowlana przez pierwsze 3 miesiące jak do mnie trafiła polowała na moje 3 letnie dziecko  😉 Do dzisiaj małe pieski i inne żyjątka mniejsze od niej są do wyeliminowania. Ma ogromny instynkt myśliwski, nie zostaje sama w domu na dłużej niż 4 godziny bo wokalizuje bez opamiętania. 3 dni bez treningu i potrafi zeżreć wszystko, co ma w zasięgu pyska, łącznie z kablami podpiętymi do kontaktu. A jestem trenerem, behawiorystą, instruktorem obedience i instruktorem nosework. I uwierz mi - ja czasami mam myśli ,,to moja ostatnia malina''.

Jeśli ktoś wiedząc, że jesteś w stanie psu zaoferować budę i spokojne spacery ( i nie zrozum mnie źle - to nie jest nic złego! ) bierze pod uwagę malinę dla Ciebie, to serio, dla mnie nie ma pojęcia o czym mówi.

CAO to bardzo fajny wybór, nie wiem skąd jesteś, ale na Mazurach jest cudowna fundacja Duch Leona, którą prowadzi Sylwia Najsztub. Ona zajmuje się właśnie CAO, jest bardzo pomocna i ma ogromną wiedzę, jeśli miałabym adaptować psa, to tylko stamtąd. Ze zdrowiem u nich różnie bywa - głównie problemem jest dysplazja niestety.
PSY
autor: figura dnia 27 listopada 2019 o 16:50
Robiłam jej badanie krwii (robimy co pół roku) i wszystko ok (jedynie trochę gorzej z wątrobą- na co dostała leki).
Oprócz tego jest w super formie- ma dużo energii i jest sprawna (aż za bardzo).


Była robiona podstawowa morfologia, czy roszerzona? Tarczyca sprawdzona? Jeśli zmiana w zachowaniu pojawiła się nagle, to nie jest normalne. Albo któryś narząd zaczyna szwankować, albo może to też być niestety kwestia jakiegoś nowotworu/guza. Na pewno pies do szczegółowej diagnostyki.
PSY
autor: figura dnia 21 listopada 2019 o 21:32
Ascia - Jest nadprodukcja malin, również tych FCI. Jest popyt, więc i jest podaż. Dobrej maliny ze świecą szukać, produkuje się mioty nieprzemyślane. Jest cała masa ras pracujących dla aktywnych ludzi z ambicjami kynologicznym, dlaczego więc akurat malina? Nawet cała reszta Belgów jest już lepszym wyborem, maliniak z całej 4 to wybór najbardziej ryzykowny. Po co? Mam wrażenie, że patrzysz na maliny przez pryzmat swojej Werny, a zastanawiam się ile znasz użytków na codzień? Ile widziałaś w realnej pracy? Ile widziałaś malin w przedziale wiekowym 5 miesięcy-2 lata?

Madmaddie - ojciec mojej suki to właśnie Ghost Killing Machine 🙂 Matka Boruta...a córka nazywa się Bazooka, gorzej być chyba nie może 🙂
PSY
autor: figura dnia 21 listopada 2019 o 20:57
Ascaia ale ja mam malinę, użytka 😉 I sporo malin znam na żywo i uważam, że od tej rasy trzeba ludzi zniechęcać, mam ostatnio wysyp ludzi, którzy przychodzą na zajęcia, albo po poradę behawioralną, bo kupili malinę do bloku w centrum miasta z dwójką małych dzieci i nie ogarniają psa...i serio to zaczyna być coraz częstsze!
PSY
autor: figura dnia 21 listopada 2019 o 18:42
Z malinami to nie jest taka prosta sprawa jak się wydaje. Wśród samej odmiany malinois wyróżnia się kilka linii: show, użytkowa: ipowska, ringowe, psy do pracy w służbach, agility/obedience. Różnice są ogromne, od samej budowy fizycznej, na psychice i popędach kończąc. Nie da się wrzucić malin do jednego worka pt: psy niebezpieczne, z ogromnymi popędami, potencjalni zabójcy. Na pewno to są psy, które w pakiecie dostają taką masę problemów do przepracowania, że w innych rasach to się rzadko zdarza. Obrona zasobów, lęk separacyjny, gonienie szybko poruszających się obiektów, agresywne zachowania wobec ludzi/innych psów na tle lękowym - to jest coś, z czym musi zmierzyć się 80% właścicieli szczeniąt malinois. W zależności od linii dane zachowania mogą być bardziej nasilone, inne mniej. W USA maliny traktuje się jako mięso armatnie na przestępców i faktycznie wybiera się do tej ,,pracy'' psy, które nie mają oporów przed atakowaniem ludzi ( druga kwestia to taka, że amerykanie dodatkowo podkręcają te psy do granic możliwości prądem ). Ale już np w Czechach jest kilka hodowli, które mają socjalne, spokojniejsze maliny, zwykle również drobniejszej budowy i te psy potrafią normalnie funkcjonować w społeczeństwie.
Nie ma w ogóle porównania między użytkowym on-kiem, a użytkiem maliny...Obie rasy to psy do pracy i trzeba o tym pamiętać, ale w pakiecie z maliną masz powybijane zęby i siniaki po treningach/zabawie i psa, który generalnie ma tendencję do postępowania ,,najpierw zrobię, a potem pomyślę, czy dobrze zrobiłem''. I co ciekawe - wbrew pozorom o wiele trudniej o stabilną i zrównoważoną malinę z dobrymi popędami do pracy, niż dobrego użytka onka.
Ja bym tak nie naśmiewała się z jakiegoś behawiorysty, który ma problemy z dorastającym belgiem, bo życie z takim psem to nie jest bułka z masłem i znam wiele świetnych trenerów i zawodników, którzy swojego belga nigdy nie puszczą swobodnie w parku, żeby się pobawił z innymi pieskami. I to nie dlatego, że źle go wychowali, czy brak im umiejętności  😉
PSY
autor: figura dnia 12 września 2019 o 20:21
Perlica, on ma na pewno dobry PR i marketing. Generalnie nie chcę się jakoś bardzo rozpisywać na forum o konkretnych przypadkach, ale powtarzalnie jest to zalecanie przy ,,poważniejszych'' problemach naprawdę ciężkiej awersji bez chociażby wytłumaczenia właścicielom jak takich narzędzi używać, jak przy tym nagradzać, itd. Już nie wspominając o tym, że te problemy najczęściej mają źródło np. zdrowotne czy lękowe i wsadzenie w tym momencie psa na metalowy zacisk jest po prostu nieetyczne.
Ta nauka ,,zostawania'' poprzez przywiązanie do drzewa to jakiś kosmos, a w przypadku szczeniąt to już w ogóle brak komentarza. Ktoś tutaj wcześniej wspomniał, że nawet w 3 klasie obi psy zostają na krócej same - a to są psy co najmniej 3 letnie - i co ciekawe najczęściej właśnie z tym ćwiczeniem psy mają problemy w 3. Bo  jest to sytuacja tak nienaturalna i w efekcie stresująca dla psa, że zaczyna się jęczenie, szczekanie i ogólne zrywanie komendy. A przypominam, że mowa tutaj o dojrzałych psychicznie, stabilnych psach o wysokim stopniu wyszkolenia.
Dodatkowo ja bym nie była taka pewna tego, że po Twoim psie to spływa - wyobraź sobie co byś czuła, gdybyś znalazła się w grupie pokrzykujących/szlochających/obłąkanych ludzi i miała przy nich tak beztrosko stać. Wydaje mi się, że to nie byłoby za przyjemne uczucie.
Lęk separacyjny jak sama nazwa wskazuje jest bardzo głębokim zaburzeniem lękowym. Zostawianie psa na 10 minut z takim problemem pod drzewem ma skutek odwrotny od zamierzonego - powoduje jeszcze większy lęk. To są zaburzenia,które w pierwszej kolejności leczy się farmakologicznie, bo homeostaza neuroprzekaźników jest tak zaburzona, a poziom serotoniny tak niski, że wielu psom można i stos kongów wrzucić do klatki, a one i tak nie będą mogły ze stresu jeść.
Perlica, masz mega młodego psa, dzieciaka jeszcze. To jest czas na to, żeby budować fundamenty waszego wspólnego życia i stabilizować psa psychicznie. Rezygnacja, autokontrola, przywołanie, trening medyczny, praca nad Twoim timingiem nagradzania, praca smyczą i linką, nauka poprawnej zabawy z psem, kilka najbardziej przydatnych komend w stylu: na miejsce, siad, leżeć - to jest to, nad czym powinnaś się teraz skupić. I nie forsować rosnącego szczeniaka olbrzymiej rasy jakimś up-em, cofaniem i napierdzielaniem do upadłego z kaukazem bo będziesz miała za rok psa-kalekę a nie prospekt hodowlany  😉
PSY
autor: figura dnia 12 września 2019 o 16:15
Perlica, ja tylko wtrącę: polecenia i dobre opinie to naprawdę bardzo subiektywna kwestia. Ja bym radziła sprawdzić jakie kwalifikacje ma dany człowiek do prowadzenia danej działalności. W przypadku psów to jest na pewno tytuł behawiorysty i osobno trenera/instruktora psów ( i to nie nadany z weekendowego kursu online ), plus cała masa seminariów i warsztatów robionych na bieżąco, bo kynologia jako dziedzina nauki idzie bardzo do przodu. Ja tego Pana w ogóle nie widuję na branżowych seminariach. To, że ktoś od 20 lat zajmuje się psami w schronisku (i w ogóle psami ) to naprawdę nie oznacza, że jest dobrym trenerem. Auta nie kupujemy tylko dlatego, że sąsiad nam bardzo pochwalił Alfę Romeo, tylko z reguły czytamy, jeździmy po salonach, porównujemy itd.
Znam bardzo wiele psów po szkoleniu u tego Pana, które nabawiły się takich zaburzeń behawioralnych, że funkcjonują tylko dzięki lekom a właściciele mają przed sobą miesiące, jak nie lata terapii.
To tak do przemyślenia... 😉
PSY
autor: figura dnia 06 kwietnia 2018 o 06:10
amnestria, a może halter na spacery? W tych najbardziej newralgicznych miejscach?
Druga sprawa - u mnie suka mocno spasowała po pierwszej cieczce. Dopiero po zobaczyłam, jak mocno musiały jej hormony buzować...
I trzecia sprawa, jeśli wszystkie pozytywne metody zawodzą, to może mądra awersja?...Tomek Jakubowski jest w tym naprawdę niezły.

edit: U nas dużo dały też zajęcia tropieniowe organizowane w miejskich parkach.Suka była mega wkręcona w robotę i przestawała zwracać uwagę na ludzi ( u nas oni byli największym problemem ), trochę łamała tym sobie schemat atakowania.
FOODPORN
autor: figura dnia 07 marca 2017 o 18:16
Misskiedis, podeślesz przepis na tartę z kurczakiem i brokułami? Wygląda obłędnie! 😜
Choroby tarczycy - wszystko o :)
autor: figura dnia 01 marca 2017 o 16:18
tunrida, Devikap ma najgorszy skład na rynku. Od sacharozy, po alkohol benzylowy, na aromacie anyżowym kończąc. Dobra witamina D powinna być trójskładnikowa: cholekalcyferol, olej i przeciwutleniacz. Dr Jacobs ma najlepszy skład, tylko jest stosunkowo drogi.
Dzieci, ciąże & pogaduchy o wszystkim i o niczym
autor: figura dnia 21 lutego 2017 o 18:31
sienka, oooo, dorwałaś z drugiej ręki? Przynieś Aurorę na spotkanie, to sobie powzdycham do niej - to chyba jedyna rzecz, która mogłaby mnie teraz przekonać do posiadania drugiego dziecka  😁
Dzieci, ciąże & pogaduchy o wszystkim i o niczym
autor: figura dnia 17 lutego 2017 o 18:24
Nie odniose sie do innych wpisow bo z komórki niewygodnie. Zapytam, czy któraś z Was sama lub ma znajomą, której udało się wrócić do kp po przerwie? Przerwa u mnie może potrwać od tygodnia do pewnie 2-3 tygodni (czekam na decyzję). Nie wiem czy jest sens walczyc i odciągać w niesprzyjających warunkach szpitalnych. O psychicznej stronie rozłąki z chłopakami nawet nie pisze bo znowu się poryczę.


nada, jak najbardziej się da! Zjawisko relaktacji, czyli wznowienie laktacji po jej zupełnym wyciszeniu jest możliwe, słyszałam również o przypadkach rozhulania laktacji po adopcji dziecka - wprawdzie tutaj w grę wchodzi już farmakologia, ale Twoja sytuacja nie jest aż tak skrajna.
Najlepiej byłoby, gdybyś wypożyczyła na okres rozłąki z dzieckiem laktator klasy szpitalnej, koniecznie na dwie piersi. Szpitalne laktatory o wiele lepiej opróżniają piersi i imitują ssanie dziecka. Na początek odciągaj minimum 8 razy na dobę, po 15 minut każdą pierś i obserwuj, czy dobowa ilość mleka maleje, czy wzrasta. Ty masz już ustabilizowaną laktację i znam kobiety, którym wystarczyło odciąganie 4 razy na dobę i miały 1,5 litra mleka, z kolei inne 12 razy na dobę i ledwo 500 uciułały. Chodzi o to, żeby utrzymać produkcję mleka na dotychczasowym poziomie, a nie rozhulać laktację, bo potem będziesz miała problem z nadprodukcją i zastojami. Z reguły przy odciąganiu laktatorem trzeba zrobić jedną ,,sesję" w godzinach 1-5, bo wtedy poziom prolaktyny jest najwyższy, oraz raz dziennie power pumping, czyli przez godzinę 10 minut pierś lewa, 10 minut pierś prawa, potem znów lewa i tak w kółko - to ma imitować wiszenie dziecka na piersi.
Generalnie laktator to nie dziecko i organizm to wie. Brodawka i sutek nie mają kontaktu ze śliną dziecka, laktator nie pachnie dzieckiem - organizm głupi nie jest i trzeba naprawdę się przyłożyć, żeby laktację utrzymać. W niektórych przypadkach jest tak, że mimo pełnych piersi laktator nie odciągnie ani kropli - coś się w cyckach blokuje i tyle. Wtedy można wydłużać czas ściągania, bo u niektórych kobiet piersi ,,zaskakują" po np pół godzinie, albo wspomóc się lecytyną w tabletkach ( ułatwiają wypływ ). A jak nic nie działa, to przetrzymać te kilka tygodni i potem próbować ssaka przystawiać.
Ważna kwestia to dobry rozmiar lejka, żeby sobie nie zmasakrować piersi.
Ja byłam mamą kpi ( karmienie piersią inaczej ) przez kilka miesięcy. Da się, choć jest ciężko - jeżeli masz jakiekolwiek pytania, wal śmiało na priv ).
I oczywiście zdrowia życzę!
Kącik WEGE DZIECI oraz matek/ciężarówek myślących "alternatywnie" :-)
autor: figura dnia 11 lutego 2017 o 18:55
Pandurska, za duże stężenie witaminy C wydalane jest z moczem. Jak ktoś ma skłonności do tworzenia się kamicy, to przy dużym zakwaszeniu moczu (=KWAS askorbinowy ) mogą tworzyć się złogi.
Dzieci, ciąże & pogaduchy o wszystkim i o niczym
autor: figura dnia 09 lutego 2017 o 12:44
sienka, ze sprzedażą tych droższych chust jest różnie - im bardziej uniwersalny kolor ( szarości, grafity ( te mają zwłaszcza zbyt! ) różne odcienie niebieskiego, czerwieni ) i rozmiar ( 4,2 zwłaszcza ), tym łatwiej jest taką chustę sprzedać. Widzę, że takie kolory jak brązy, zielenie, żółcie - potrafią trochę wisieć. Ale to jak z domem - każdy w końcu znajdzie swojego kupca, tylko czasami trwa to dłużej 😉
A jakie Indio Ci się podoba? Ja, gdy szukałam używki Aurory, to często ceny na fejsie były wyższe, niż zamówienie nówki z Niemiec...także tego 🙄
Z macaniem mojego Little Froga nie ma problemu, nie mam zamiaru jej sprzedawać, bo zostawiam sobie w razie ewentualnej wpadki 🤣, więc w zasadzie, to mogę Ci ją nawet pożyczyć, jak urodzisz, to zobaczysz, czy Ci pasuje ta firma.
Dzieci, ciąże & pogaduchy o wszystkim i o niczym
autor: figura dnia 29 stycznia 2017 o 19:12
Lotnaaa, sporo produktów z Hippa jest tańszych w Tesco, niż w Rossmannie. A co do ekologicznych warzyw i owoców, to chyba zostaje Ci tylko jakiś targ lokalny, albo poszukaj na fejsowych grupach kooperatyw spożywczych, lub lokalnych ekologicznych rolników.
Dzieci, ciąże & pogaduchy o wszystkim i o niczym
autor: figura dnia 29 stycznia 2017 o 18:29
sienka, zdradzisz, co to za miejsce? 😀
kącik pomocy medycznej, czyli: czy to coś powaznego i jak temu zaradzić
autor: figura dnia 20 stycznia 2017 o 19:39
kasbeg, złamania otwarte operuje się albo w trybie pilnym w ciągu 24 godzin od złamania ( ale ciężko zebrać na szybko ekipę w szpitalu, która to zrobi ), albo dopiero 7-10 dni po złamaniu, po przeleczeniu antybiotykiem ( częstsza praktyka ). Ale infekcje i tak przydarzają się często przy złamaniach z użyciem płytek.
Skonsultowanie się z kimś innym, to niezły pomysł, ale niech to będzie jaki ,,władny'' ortopeda, typu ordynator oddziału w innym szpitalu, żeby nie bał się lekarzy ze szpitala, w którym leży koleżanka i w razie czego zabrał ją do siebie i zoperował.

edit: Jeszcze dopiszę: dopóki w posiewach będą wychodziły jakieś bakterie, dopóty nikt przy zdrowych zmysłach nie zdecyduje się na operację, bo będzie ona bezcelowa. Z reguły takie sytuacje rozwiązuje się tak, że zakłada się stabilizator zewnętrzny, żeby zapobiec przypadkowym zrostom kości złamanej, robi się posiewy, włącza antybiotykoterapię i czeka, aż w końcu posiew wyjdzie czysty. Zarówno stajnia, jak i szpital to nie są miejsca z najłagodniejszymi bakteriami, więc rana może się babrać, zanim w końcu organizm zareaguje na leki. Schodząca skóra, która jest toczona przez infekcje nie wygląda ładnie i przyjemnie, ale jak już dojdzie do operacji, to równolegle lekarze zrobią jej przeszczep skóry, który to zakryje 😉 Więc spokojnie, długa droga przed Twoją koleżanką, ale trafiło jej się naprawdę pechowe złamanie - to taka działka w ortopedii, której nikt nie lubi, właśnie przez ogromne ryzyko infekcji. Nie mniej jednak wszystko jest do wyprowadzenia, tylko tutaj naprawdę potrzebny jest czas.
Dzieci, ciąże & pogaduchy o wszystkim i o niczym
autor: figura dnia 05 stycznia 2017 o 07:47
i cd
O spektrum autyzmu

Uzyskanie diagnozy dysgrafii, dysleksji, ADHD czy nawet zespołu Aspergera może być opłacalne – już aż tak nie stygmatyzuje, a przynosi pewne ulgi w szkole.
W pewnym sensie jest to bardzo opłacalne. I bywa, że dla dobra dziecka te diagnozy stawia się na wyrost. Na przykład zespół Aspergera orzeka się z pewnością zbyt często. Ale one uprawniają do korzystania z klasy integracyjnej i nauczyciela wspomagającego. Chodzi o dzieci, które często takiego wsparcia naprawdę potrzebują, choć brakuje im umownego jednego punktu do rzetelnej diagnozy zaburzenia. Z drugiej strony sama etykietka „Aspergera” nie jest obojętna – zostaje w głowie dziecka, wpływa i na samoocenę, i na odbiór przez rodziców, co jest szkodliwe, zwłaszcza gdy ta diagnoza jest faktycznie niepotrzebna.

Niektóre, zwłaszcza starsze dzieci robią z tego swoiście rozumiany pożytek – popisują się „Aspergerem” i tym np., że nie mają obowiązku odrabiać prac domowych.
To też jest złożone. Jeśli w odpowiedni sposób przekaże się dziecku informację o diagnozie i jeśli jest ono poddane sensownym oddziaływaniom wychowawczym, to dziecko raczej tak nie postępuje. Nastolatki czasem rzeczywiście używają podobnych argumentów, żeby się przed czymś bronić – np. przed nadmiernymi wymaganiami czy naciskami dorosłych. Albo mówią takie rzeczy po to, by coś w danym momencie zademonstrować. Wykorzystują je w jakiejś aktualnej rozgrywce – to nie znaczy, że rzeczywiście diagnoza zaburzenia nie stanowi dla nich problemu.

Myślę, że tak naprawdę diagnoza zespołu Aspergera albo ADHD, a przede wszystkim doświadczanie tych zaburzeń, jest bardzo trudne. Poczucie, że nie jestem w stanie się skoncentrować, usiedzieć spokojnie, porozumieć się z innymi ludźmi – to bardzo nieprzyjemne. Ci ludzie wcale nie są zadowoleni, woleliby tego nie mieć.

Jednak spektrum autyzmu, łącznie z zespołem Aspergera, dotyka ok. 1 proc. dzieci. Na szczęście więc nie są to bardzo rozpowszechnione problemy.

A rokowania dla zaburzeń ze spektrum autyzmu? Zespołu Aspergera?
Sam autyzm wczesnodziecięcy jest, niestety, nieuleczalny, nie mija z wiekiem, chociaż można uzyskać złagodzenie objawów i poprawę funkcjonowania. Zaburzenia ze spektrum autyzmu, w tym zespół Aspergera, są jeszcze słabo rozpoznane. Wiadomo, że dzieci dotknięte nimi mogą się bardzo różnić między sobą, tak więc i rokowanie może być różne. Wiadomo też, że różnica w zachowaniu dziecka z nasilonymi objawami ADHD a dziecka z zespołem Aspergera bywa trudna do wychwycenia i dość często dochodzi do błędów w diagnozie.

Czy zatem używane dziś kategorie diagnostyczne mają w ogóle sens?
Mają sens administracyjny, wprowadzają pewien porządek. Natomiast z perspektywy pacjenta czy pracy psychologa z nim nie mają znaczenia. Psycholog pracuje z człowiekiem, wszystko jedno, jak się nazywa jego problem. Teraz rośnie tendencja do patrzenia na diagnozę z tzw. perspektywy dymensjonalnej. Objawy psychopatologiczne traktuje się jak cechy, które w różnym nasileniu występują powszechnie. Każdego człowieka można scharakteryzować, pokazując, na przykład, w jakim stopniu jest nieuważny, w jakim stopniu jest impulsywny, a w jakim odczuwa lęk. U niektórych osób poziom nasilenia którejś z tych cech jest na tyle wysoki, że potrzebują pomocy profesjonalnej.

O zaburzeniach lękowych i depresji

Czy są takie problemy lub zaburzenia, na które rodzice nie zwracają należnej uwagi, a powinni?
Zaburzenia internalizacyjne, czyli uwewnętrznione, biorą swoją nazwę z tego, że ich objawy skierowane są do wewnątrz człowieka, a nie na zewnątrz. Należą do tej grupy zaburzenia lękowe i depresyjne, które dotykają coraz więcej i dzieci, i dorosłych. Lęk społeczny diagnozuje się u 7 proc. populacji, fobie u nawet 9 proc. To problemy, które przeszkadzają osobie dotkniętej nimi, ale otoczeniu – nie. Jeśli dziecko z powodu lęku jest wycofane albo nic nie mówi, to jest spokój. A dziecko z ADHD spokojne być nie może, to z autyzmem bywa ogromnie kłopotliwe i powoduje dezorganizację życia rodziny. W efekcie dzieci lękowe czy z depresją często nie uzyskują potrzebnej pomocy. Ich sytuacja jest pod pewnymi względami najtrudniejsza, bo dorosłym strasznie trudno jest zrozumieć, dlaczego dziecko jest ciągle smutne? Dziecko powinno być wesołe, żywe.

Na marginesie: badałam stosunek rodziców do swoich dzieci z ADHD. Okazało się, że sama impulsywność wywołuje u dorosłych zupełnie dobre reakcje, w przeciwieństwie do nieuwagi. Dzieci, u których dominuje nieuwaga, są rzadko chwalone, w domu często się ich nie dostrzega. Natomiast te, u których dominuje impulsywność, są odbierane jako męczące, ale przynajmniej zwraca się na nie uwagę i więcej im się wybacza.

Rozmawiałam kiedyś z mamą chłopca, który przez kilka lat cierpiał na depresję. Mieszkali na Kaszubach, nie mieli pieniędzy na prywatne leczenie, a terapia depresji dla dzieci w ramach NFZ była możliwa tylko w Gdańsku. Ten chłopak czekał do 18. urodzin na uzyskanie pomocy u psychiatry dla dorosłych, osiągalnego w okolicy. Choć prywatnych gabinetów psychologicznych powstało mnóstwo, z refundowaną pomocą psychologiczno-psychiatryczną dla dzieci jest tragicznie. Psychiatrów dziecięcych w całej Polsce pracuje dwustu.
Podobnie znikoma w stosunku do potrzeb jest liczba psychologów klinicznych dziecka. To problem kształcenia – i lekarzy, i psychologów. Jeśli chodzi o psychologów, to rzecz nieustannie odbija się od braku ustawy o zawodzie psychologa, której nie sposób uchwalić od lat. W efekcie psycholog albo traktowany jest jako zawód medyczny – taki półlekarz, albo jest nauczycielem, jeśli pracuje w poradni czy w szkole. Specjalizację z psychologii klinicznej dziecka mogą robić tylko osoby zatrudnione w służbie zdrowia. W tym układzie przełożonymi psychologów często są niepsychologowie, którzy też słabo rozumieją specyfikę zawodu i obszarów pracy.

O relacjach rodzice–psychologowie

Czy rodzice pani pacjentów często dopytują, co źle zrobili, czy zawinili temu, że ich dzieci mają problemy?
Pytają o to zdecydowanie częściej niż w przeszłości – świadomość, że stan psychiczny dziecka zależy od rodziców, jest coraz większa. Czasem nawet może nadmierna.

Choroba klasy średniej?
Niekoniecznie. Przypisywanie swoim działaniom konsekwencji to bardziej kwestia refleksyjności niż wykształcenia czy statusu – jedno z drugim nie musi iść w parze.

Rodzice z niepokojem wypatrują zaburzeń, bo są w tę koleinę pchani z różnych stron. Do diagnozy pod kątem zaburzeń integracji sensorycznej zachęcają np. nauczycielki w przedszkolu. A jak się człowiek naczyta o różnych problemach w internecie, to nieraz uruchamia mu się tzw. syndrom studenta medycyny – wydaje się, że on sam albo jego najbliżsi mają wszelkie możliwe schorzenia. Początkujący rodzic ma mało wcześniejszych doświadczeń z dziećmi. Skąd ma wiedzieć, co jest normalne? Czy częste napady szału u czterolatka to skutek błędów wychowawczych, żywiołowego temperamentu czy może już ADHD?
No właśnie, na te wątpliwości nie da się jednoznacznie odpowiedzieć. Odnoszę jednak wrażenie, że większość rodziców ma instynktownie wbudowane przeświadczenie: „Z moim dzieckiem wszystko będzie w porządku”. Nawet jeśli syndrom studenta medycyny w nich się pojawia, to działa krótką chwilę. Przez to niekiedy nawet zaprzeczają autentycznym problemom.

I gdzie w tym wszystkim złoty środek? W przypadku wielu zaburzeń wczesna diagnoza ma duże znaczenie. Ale z drugiej strony, jak rodzic – zwłaszcza ten lękowy i nadodpowiedzialny – może się zabezpieczyć przed popadnięciem w obsesję, że z dzieckiem coś jest nie tak?
Powinien patrzeć na dziecko spokojnie. A gdy dostrzega jakieś trudności, to jednak udać się do specjalisty. Moim zdaniem byłoby dobrze, gdyby młodzi rodzice w razie wątpliwości zgłaszali się do psychologów nie tyle po pomoc, ale żeby zwyczajnie pogadać. Często jedno spotkanie wystarczy, by zapytać o sytuacje, które ich niepokoją, powiedzieć o trudnościach, o swoich emocjach. I dalej już sobie sami radzą. Bo najważniejsze, żeby zdjąć niepokój. Niekiedy się potwierdza, że coś niepokojącego się dzieje, ale i w takich sytuacjach uważam, że psycholog powinien działać jak najkrócej – zrobić to, co musi, a resztę zostawić rodzicom.

Jak dobrać właściwego psychologa?
Jakkolwiek banalnie to zabrzmi, warto trzymać się własnego zdrowego rozsądku, intuicji. Dziwi mnie np. takie zjawisko: w przychodni, w której pracuję, można umówić się przez internet do dowolnego psychologa. Ale można też zadzwonić do recepcji i zapytać, kto specjalizuje się w jakimś problemie. Mimo to wielu rodziców zapisuje się przez sieć, całkowicie przypadkowo. Choć na tej stronie jest napisane, kto zajmuje się dziećmi do trzech lat, a kto – nastolatkami, to specjaliście od nastolatków co jakiś czas trafia się niemowlę. W razie obaw dotyczących konkretnych zaburzeń dobrze zwrócić się do stowarzyszeń rodziców dzieci z autyzmem czy z ADHD – oni polecą specjalistę. Ja uważam, że warto wręcz spojrzeć na zdjęcie – czy ktoś nam się podoba, czy budzi sympatię. Psycholog powinien być dobrym fachowcem, ale też musi do nas pasować.

rozmawiała Joanna Cieśla
Dzieci, ciąże & pogaduchy o wszystkim i o niczym
autor: figura dnia 05 stycznia 2017 o 07:46
Diakonka,Dzionka, wrzucę tutaj wywiad, bo faktycznie ciekawy, a może ktoś jeszcze z re-volty będzie chciał poczytać:

Joanna Cieśla: – Czy dziś więcej rodziców niż dawniej obawia się o zdrowie psychiczne swoich dzieci?
Małgorzata Święcicka: – Tak. To skutek różnych zjawisk. Zawsze istniała grupa rodziców o nadmiernej wrażliwości, którzy nie mają takiego naturalnego przekonania, że rozwój ich dziecka będzie przebiegał prawidłowo. To kwestie osobowościowe – ci ludzie także w innych okolicznościach czują większe zagrożenie niż pozostali. Mają skłonność do wychowywania nadmiernie kontrolującego, nadopiekuńczego. W przeszłości ten niepokój dotyczył przede wszystkim zdrowia fizycznego, choć zdarzały się też osoby, które co roku domagały się badania np. IQ syna czy córki, w obawie, że jest za niskie. Ale też dzieci z różnorakimi problemami zdrowotnymi rzeczywiście jest obecnie więcej, choćby ze względu na to, że medycyna pozwala ratować więcej wcześniaków i noworodków z zaburzeniami czy zespołami genetycznymi, które jeszcze kilkanaście, kilkadziesiąt lat temu by nie przeżyły.

Kolejna kwestia to coraz lepsze naukowe rozumienie zaburzeń. Na przykład ADHD. Nic nie wskazuje na to, by częstość występowania tego zespołu była dziś większa niż kiedyś. Ale dopiero od dwóch dekad jest on zauważany i diagnozowany. Znaczenie ma również oczywiście większa dostępność usług psychologicznych i większa świadomość problemów po stronie rodziców. To w sumie bardzo dobrze. Tyle że każde zjawisko miewa wynaturzenia. Ta coraz powszechniejsza wiedza psychologiczna często jest powierzchowna i chaotyczna. Ludzie odwołują się do niej w sposób uproszczony. Problemy psychologiczne bywają traktowane analogicznie do medycznych, na zasadzie: jak gorączka, to nurofen. Gdy pojawia się problem w zachowaniu dziecka, rodzice oczekują nazwania go i podjęcia szybkiej terapii czy rehabilitacji.

To nierealne?
Chodzi raczej o to, że psychologia jest nauką tak skomplikowaną, a psychika ludzka jest tak bardzo złożona, że pewne zależności trudno zrozumieć. Rodzice oczekują od psychologa, że albo da konkretną poradę, albo skieruje do innego specjalisty, żeby ten wyeliminował niepokojące czy niepożądane zachowanie. A psychologia jest przede wszystkim rozumieniem człowieka. Czasem trudno wytłumaczyć rodzicom, że ten sam objaw, to samo zachowanie mogą wynikać z różnych źródeł. Że trzeba się zastanowić, sprawdzić, co się dzieje między nimi a dzieckiem – to wymaga skłonności do refleksji.

Bywa jednak, że jakieś zaburzenie zaczyna budzić powszechny niepokój. Jakby zapanowała na nie osobliwa moda. Skąd to się bierze?
Na pewno w dużym stopniu z rozwoju nauki, w której też pojawiają się różnego rodzaju mody. Czasem trudno uzasadnić, dlaczego w jakimś okresie pewne tematy znajdują uznanie redaktorów najważniejszych czasopism naukowych, a publikacje dotyczące innych obszarów nie są przyjmowane do druku. Weźmy zainteresowanie dysleksją, a dokładniej specyficznymi trudnościami w uczeniu się, które rozgorzało w latach 80. W Polsce pierwszą książkę na ten temat napisała w 1973 r. prof. Halina Spionek. W dalszych latach naukowcy badali i popularyzowali ten problem.

O dysleksji i dysgrafii

Aż trudności w uczeniu się odnajdowano niemal u wszystkich dzieci.
Każda cecha psychopatologiczna jest rozłożona w różnych natężeniach w całej populacji. Kwestią jest, gdzie ustawimy granicę, od której uznajemy coś za zaburzenie, a nie po prostu cechę. Może się zdarzyć, że u dziecka, które robi pojedyncze błędy, ktoś stwierdzi dysleksję, a u innego, które robi błędy częściej – nie stwierdzi zaburzenia. Nie ma tu dowolności, w kryteriach diagnostycznych wszystko jest opisane, ale podczas spotkania z pacjentem jeden na jeden badający dochodzą do różnych wniosków. Czasami pojawiają się naciski rodziców, psychologowi trudno im się przeciwstawić. Jest jeszcze jedna bardzo ważna kwestia: co z tymi dziećmi, które mają objawy tylko odrobinę słabsze niż klasyfikowane jako zaburzenie? Grupa subkliniczna jest ogromnie ważna, wymaga zainteresowania i wsparcia. Rozgraniczenie: „Tu jest zaburzenie, a tu nie”, jest konieczne dla celów administracyjnych, ze względu na przepisy oświatowe, które dają prawa do ulg w przypadku pewnych diagnoz. Ale psycholog postrzega każdą cechę czy zaburzenie jako kontinuum. Ważniejsze jest na przykład, na ile jakiś deficyt przeszkadza dziecku, niż jak bardzo jest nasilony. Bo bywają dzieci bardzo inteligentne, uzdolnione, które sobie radzą mimo ograniczeń w pewnych obszarach. I takie, które sobie nie radzą. Dlatego diagnoza psychologa klinicznego jest zawsze diagnozą całościową.

Wróćmy do dysleksji i dysgrafii – czy tego rodzaju diagnoz jest teraz mniej niż po pierwszym wybuchu zainteresowania tymi problemami?
W naszych przepisach oświatowych jest zalecenie, aby przez pierwsze trzy lata nauki dziecku nie stawiać diagnozy dysleksji, tylko ryzyka dysleksji, stąd postawionych diagnoz jest pewnie mniej. Jest to jednak kontrowersyjny przepis. Zdarzało mi się już wielokrotnie, że rodzicie opisują problemy świadczące ewidentnie o tym, że dziecko ma dysleksję, a na pytanie, czy było już diagnozowane, odpowiadają: „Nie, bo jeszcze za wcześnie”. Włos się jeży. Chyba intencja była taka, że w pierwszych trzech latach w szkole dziecko ma się uczyć pisania i czytania we własnym tempie. Jeśli to tempo jest za wolne, to kieruje się ucznia na zajęcia wyrównawcze, szuka innych metod pracy i jeśli to nie poskutkuje, to dopiero ewentualnie w IV klasie stawia się diagnozę. A to ewidentnie za późno. Powinno się ją stawiać, jeżeli po sześciu miesiącach prób udzielenia specjalistycznej pomocy dziecko nie przezwycięży trudności, niezależnie od tego, w której jest klasie. Widzę też, że ten problem dysleksji częściej rodziców niepokoił w perspektywie sprawdzianu w VI klasie szkoły podstawowej. Jak nie ma sprawdzianu, wydaje się, że problem dysleksji znacznie się zmniejszył.

O tzw. integracji sensorycznej

Czy rodzice, którzy do pani trafiają, mają gotowe pomysły na diagnozę swoich dzieci?
To się zdarza. Ja przyjmuję na ogół dzieci z podejrzeniem ADHD. Ale bywa, że gdy pytam rodziców, co ich sprowadza, odpowiadają: „zaburzenia integracji sensorycznej” – to szczególnie często. Nawet nie mówią, jakie dziecko ma objawy, z czym są trudności. Albo posługują się taką nowomową: „Ma problem z czuciem głębokim”. „Na czym to polega?” – pytam. „Że się bardzo mocno do mnie przytula” – mówi matka. Pytam, czy się nie zastanawiała, co to może znaczyć? Może potrzebuje kontaktu? „Nie, ma problem z czuciem głębokim, trzeba go przykrywać ciężką kołderką”. Dzieciak z bardzo poważnymi problemami psychologicznymi, rodzina skonfliktowana, a oni się zajmują czuciem głębokim i dziecko spragnione kontaktu przykrywają kołderką.

Bo to prostsze niż pójść na terapię rodzinną?
Zdecydowanie. Tyle że zaburzenia integracji sensorycznej są zdecydowanie zbyt często błędnie diagnozowane. Po części wynika to z chęci zysku, ponieważ rodzice są skłonni płacić za ten rodzaj terapii, ale nie tylko. Gabinety integracji sensorycznej mają dziś prawie wszystkie poradnie psychologiczno-pedagogiczne, które są przecież publiczne. To też po prostu rodzaj mody, choć obecnie głównie w Polsce. Amerykańskie Towarzystwo Pediatryczne kilka lat temu wydało oświadczenie, w którym apeluje, by nie stwierdzać zaburzeń integracji sensorycznej jako samodzielnej diagnozy. Przypomina też, że dane świadczące o skuteczności terapii integracji sensorycznej są bardzo mizerne.

Nie ma w tym żadnego sensu?
No nie, coś tam w tym jest. Istnieje coś takiego jak integracja sensoryczna, czyli sposób, w jaki mózg zbiera dane z różnych zmysłów. Istnieje wrażliwość sensoryczna – czyli zmysłowa. Ludzie mogą być nadwrażliwi i niedowrażliwi w różnych obszarach. Tyle tylko, że teoria będąca podstawą diagnozy i terapii SI powstała w latach 60., kiedy wiedza na temat mózgu była zupełnie inna niż dziś i nie została zaktualizowana o nowe osiągnięcia nauki. W Polsce diagnozę tzw. zaburzeń SI opiera się na zbitce jakichś neurologicznych badań – nie wiadomo, dlaczego akurat tych, a nie innych. Zakres norm, po których przekroczeniu mówi się o zaburzeniach integracji, też jest wzięty z sufitu, dlatego większość dzieci „ma” te zaburzenia. Kiedy czasami czytam te diagnozy przynoszone przez rodziców, to nic nie rozumiem. Dlatego wydaje mi się to też niebezpieczne. Ale mnóstwo tekstów popularyzatorskich, które wokół tego powstało, wygląda zgrabnie i brzmi przekonująco dla ludzi, którzy liznęli trochę popnauki.

Zdarzył mi się przypadek dziecka, dla którego terapia integracji sensorycznej była korzystna. Ten chłopiec bał się jeździć na rowerze. I po zajęciach z miłą panią, która pokazywała, jak się chodzi po równoważni, nabrał pewności własnego ciała, dzięki temu też jeździł lepiej. W podobnych przypadkach to ma sens, ale można by to samo osiągnąć innymi formami zajęć ruchowych, bez korzystania z kosztownego sprzętu i pseudonaukowej otoczki. Nie jest uprawnione założenie, że ćwiczenia ruchowe i percepcyjne proponowane przez terapeutów SI spowodują zmiany w złożonych zachowaniach i wyeliminują objawy trudności w nauce czy autyzmu. Podobnie w terapii dysleksji kiedyś przekonywano, że trzeba rozwijać percepcję wzrokową – jak dziecko będzie układać puzzle, to dzięki temu zacznie lepiej odróżniać litery. Bardzo wiele dzieci te puzzle układało, a nie czytało w dalszym ciągu. Bo nie ma takiego automatyzmu, że po wytrenowaniu jakiejś zdolności podstawowej czynność złożona, która jest od niej zależna, od razu się poprawi.

Dla mnie jednak największym niebezpieczeństwem związanym z tego typu terapiami jest odwracanie uwagi rodziców od istoty problemów psychicznych ich dzieci i kierowanie jej na fizjologię.

O ADHD

Radar na ADHD też się ostatnio wyczulił?
ADHD zaczęto opisywać w latach 90. i stopniowo przebijało się do świadomości publicznej. Zaczęły pojawiać się książki popularnonaukowe i poradniki. Wśród terapeutów jest pewna naturalna tendencja – jeśli komuś trafi się grupka pacjentów z podobnymi zaburzeniami, to niekiedy mają potrzebę zebrać te doświadczenia, napisać książkę. Jeśli taka książka niesie w miarę prosty przekaz, jakieś łatwe do zastosowania wskazówki, to się sprzeda, później przyjdą następni pacjenci – i tak to się napędza. ADHD było też zaburzeniem, którym bardzo się zainteresowały firmy farmaceutyczne. Bo jest to zaburzenie dziecięce, wobec którego została udokumentowana skuteczność leczenia farmakologicznego. Więc te firmy organizowały różne sympozja, konferencje. Byłam na kilku i uważam, że to wsparcie miało korzystny wpływ na pokazanie problemu dzieci i rodziców z tym zaburzeniem. Rzeczywiście pojęcie ADHD bardzo się spopularyzowało i weszło do potocznego języka, nawet dzieci się przezywają „ty masz ADHD”. Ale wydaje mi się, że jeśli chodzi o stawianie diagnoz, to psychiatrzy są dość ostrożni.

Jak często ono się zdarza?
ADHD jest uważane za jedno z najczęstszych zaburzeń, występuje u 5 proc. dzieci.

Można z niego wyrosnąć?
ADHD jest właśnie tym zaburzeniem, z którego w dużym stopniu można wyrosnąć, chociaż rozpoznaje się je także u osób dorosłych. Duże znaczenie ma tu rozwój płatów czołowych, które stanowią część mózgu odpowiedzialną za kontrolę zachowania. A właśnie trudności w kontroli zachowania są istotą ADHD. Uzyskują one dojrzałość stosunkowo późno, w okresie dorastania, i w tym okresie nasilenie objawów ADHD obniża się, zmniejsza się zwłaszcza nadruchliwość. Objawy nieuwagi utrzymują się dłużej, ale człowiek dorosły na ogół uczy się z nimi radzić. Pewne aspekty ADHD można wykorzystywać na swoją korzyść. W terapii to też ważne, by pokazać dzieciom, co dobrego mogą z tym zrobić.

Co mogą zrobić?
Ludzie z ADHD mogą być przebojowi, szybko działać, podejmować decyzje. Dobrze radzą sobie w sporcie (choć czasem trudno im bywa utrzymać wytrwałość w treningach), w zawodach artystycznych. Zwłaszcza dzieci, u których ADHD towarzyszy jakiejś zdolności specjalnej, często funkcjonują bardzo dobrze.

W takim razie jaki sens ma podawanie im leków?
Cóż, to budzi kontrowersje. Niektórzy rzeczywiście uważają, że w okresie rozwoju mózgu nie należy podawać dzieciom substancji chemicznych wpływających na jego pracę. Ale moim zdaniem są przypadki, w których zastosowanie leków przynosi ulgę – bez tego w niektórych momentach życia ani rodzice, ani dzieci nie wytrzymaliby natężenia objawów. Leki podawane dzieciom z ADHD to najczęściej leki psychostymulujące.

Dlaczego podaje się leki stymulujące, a nie uspokajające?
Ponieważ chodzi o uruchomienie uwagi, która pozwala dziecku kontrolować swoje zachowanie, także wzmożoną ruchliwość.

Dzieci, ciąże & pogaduchy o wszystkim i o niczym
autor: figura dnia 27 grudnia 2016 o 18:28
kasiulkaa25, bierz szybko Ibuprom, albo Nurofen, co 6 godzin, bo możesz się nabawić zapalenia. I zaopatrz się w lecytynę w tabletkach ( 3 razy dziennie ), pomaga w udrożnieniu zatkanych kanalików.
Dzieci, ciąże & pogaduchy o wszystkim i o niczym
autor: figura dnia 27 grudnia 2016 o 15:42
nerechta, możesz jej przemycać probiotyk, żeby trochę podbudować florę jelitową. Zdrówka!
Dzieci, ciąże & pogaduchy o wszystkim i o niczym
autor: figura dnia 23 grudnia 2016 o 19:23
falletta, wózek pod względem funkcjonalnym super, ale...wizualnie nie mój typ 😉 🙄 Oby dobrze służył!... jak zęby Zośki? U nas wyrzyna się w końcu dolna jedynka, myślałam, że się nie doczekam 😅